wtorek, 14 lutego 2017

WTOREK Z REPORTAŻEM Życie na miarę

Temat odzieżowego niewolnictwa jest co jakiś czas wyciągany na wierzch, a to za sprawą organizacji chroniących praw człowieka, a to z przyczyny jakiejś tragedii w fabryce umiejscowionej w krajach trzeciego świata, czy przy okazji afer finansowych firm odzieżowych żerujących na niewolnictwie pracowniczym. Dziś ja chcę wam opowiedzieć o kilku ważnych aspektach całej sprawy, a to spowodowane jest przeczytaniem reportażu Marka Rabija "Życie na miarę".


Dhaka, stolica Bangladeszu. Tutaj na powierzchni nieco większej niż Kraków żyje 15 milionów ludzi. Przeludnienie powoduje desperację wśród ludzi, a tym samym świetne warunki dla przemysłu i właścicieli fabryk, by tanim kosztem produkować towary dla zachodniego świata. 

Marek Rabij odwiedza Dhakę dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2013 roku, kiedy świat po raz pierwszy na taką skalę, zwrócił oczy na tamtych ludzi. 24 kwietnia 2013 roku, w Savarze koło Dhaki doszło do katastrofy budowlanej. Rana Plaza, ośmiopiętrowy budynek mieszczący pięć fabryk odzieżowych w budynku przeznaczonym dla biur, a nie przemysłowej produkcji, po godzinie 8 rano runął, grzebiąc pod gruzami 1200 osób. Reporter pojechał tam kilka dni po tragedii, by dowiedzieć się, jak wygląda produkcja odzieży dla polskich producentów.

"Dhaka ciągle potrzebuje nowych rąk do pracy. Te stare szybko tracą przecież młodzieńczą zręczność albo palce w maszynach".                                (s. 57)

 Tragedia w Savarze pokazała niewielką skalę zjawiska. Organizacje pozarządowe i dbające o Prawa Człowieka na problem warunków w jakich produkuje się tanio odzież. Nam ludziom z tej zachodniej strony świata raczej nie przychodziło do głowy sprawdzać na metce w sklepie, gdzie wyprodukowano bluzkę, kurtkę, czy inne akcesoria. Po tamtych wydarzeniach wiele krajów wystąpiło z kampaniami uświadamiającymi problem niewolnicwa odzieżowego. Ale po lekturze reportażu Marka Rabija mam wrażenie, że jest to sposób na zatuszowanie pewnych spraw, a nie cel sam w sobie. Coś powiedziano, ale tak naprawdę dopóki jest zapotrzebowanie, produkcja będzie tam trwała


Podczas pierwszej wizyty w Bangladeszu, autor wiele nie wskórał. Właściciele fabryk bali się rozdmuchania sprawy, nikt nie wypowiadał się ponad to co się wydarzyło. Dopiero po kilkunastu miesiącach podczas drugiej wyprawy drzwi fabryk uchylono dla reportera. Celowo używam tutaj słowa >uchylono< a nie >otworzono<, ponieważ skala zjawiska jest nadal nie do opisania.

"Dlatego na Wyspie obficie występuje też coś, czego na zdrowy rozum nie powinno być tu wcale: śmiech. Blaszane domki dudnią nim co krok, niczym wielkie odbiorniki radiowe ustawione na tę samą stację."                                                     (s. 57/58)

Obraz ludzi żyjących tam na miejscy jest tutaj dwojaki. Z jednej strony życie w tłumie wywołuje zachowania stadne. Robią to co wszyscy, poddają się temu co mają, a praca w fabrykach odzieżowych jest z reguły jedynym pewnym sposobem na zarobienie minimalnej kwoty, pozwalającej wykarmić rodzinę, bo o utrzymaniu się w jakimkolwiek znaczeniu dobrobytu nie może być tutaj mowy. Patrząc w ten sposób ludzie ryzykują niejednokrotnie utratę zdrowia, pracują ponad siły, pozwalają by ich poniżano w imię targetu i normy jakie mają być wykonane. Jakakolwiek próba postawienia się, kończy się natychmiastowym zwolnieniem z pracy, bo na to miejsce jest chętnych kilka tysięcy następnych zdesperowanych osób. 


Z drugiej strony ci ludzie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zachód żyje ich kosztem, a praca w fabryce jest dobrodziejstwem jakie ich spotyka. Wstrząsające jest tutaj świadectwo człowieka, który pracuje w miejscu, gdzie dawniej znajdował się jego dom rodzinny z ogrodem, czyli środowisko błogie, dobrze znane. Kilka lat temu, kiedy przemysł dopiero się tam rozwijał właścicele fabryk namawiali ludzi do sprzedawania ziemi pod fabryki, tłumacząc, że w ten sposób nie tylko oni ale i sąsiedzi będą mieli pewne miejsca pracy w zadaszonych warunkach, zarobią więcej taka niż mogliby wypracować na swojej ziemi uprawiając rośliny, a to wszystko bez ryzyka klęski pogodowej. Ten wspomniany człowiek do dziś nie może się pogodzić z tym, żę brat zgodził się na sprzedaż, a teraz chodzi do własnego ogródka za żelazną bramą i musi mieć przepustkę gwarantującą pozwolenia na przebywanie tutaj.


Ja jestem po lekturze w lekkim rozkroku, ponieważ z jednej strony doskonale rozumiem mechanizmy produkcyjne. Biznes polega na tym by kupić taniej i sprzedać drożej, ale dlaczego kosztem ludzi? Z drugiej strony, gdyby wartość produktu była uzależniona od możliwości produkcyjnych, prawdopodobnie połowa sieciówek straciłaby prawo bytu, ponieważ średnią klasę społeczeństwa nie byłoby zwyczajnie stać na zakup produktów w cenach od projektantów.

Nie chcę tutaj nikogo bronić, ani stawać po jakiejkolwiek stronie, bo zarówno producenci ponoszą tutaj winę, gdyż doskonale wiedzą dlaczego tam można produkować drożej i wykorzystują tamtejszych ludzi, którzy nie mają wyboru, bo w takiej samej sytuacji jest kilkanaście milionów innych obywateli. Z drugiej strony tamci ludzie dają się wykorzystywać. Z trzeciej strony w Polsce też istnieje wiele firm, które produkują na miejscu, podwykonawcy szyjący ubrania z kolekcji otrzymują śmieszne groszowe wypłaty za uszycie jednej rzeczy. Bo jak można inaczej nazwać sytuację, gdzie w procesie produkcji firma zleca wszycie zamka do kurtki za 12 groszy, za całą kurtkę dostarczoną w skrojonych skrawkach materiału proponuje kilkanaście złotych, a później w galerii handlowej ta sama kurtka kosztuje 150 zł! Problem niewolnictwa odzieżowego istnieje na skalę większą niż produkcja w Bangladeszu...

"Okazyjne ceny, na jakie natrafia się w czasie wyprzedaży, wciąż z naddatkiem pokrywają nie tylko koszty produkcji, transportu, lecz nawet marketingu. W szczycie sezonu często mamy więc błogie poczucie, że nasze portfele wreszcie biorą krwawy odwet na dziale handlowym ulubionego producenta,ale w rzeczywistości wciąż chodzimy na pasku odzieżowego Belfegora."                                       (s. 214/215)

 Podsumowując ten trudny temat. Polecam zapoznanie się z reportażem Marka Rabija "życie na miarę", ponieważ my możemy żyć choć trochę bardziej świadomie.Choć tak naprawdę niewiele możemy z tym wszystkim zrobić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz