wtorek, 28 lutego 2017

RECENZENCKI WTOREK Od ogółu do szczegółu

Żyjemy w świece, gdzie udogodnienia technologiczne są dla nas normalnymi przedmiotami codziennego użytku. Każdy korzysta z telefonu, w każdym domu stoi lodówka, nie wyobrażamy sobie żeby gdziekolwiek nie było światła, czy toalety. Ale... czy pamiętamy komu to wszystko zawdzięczamy? O "Małych wielkich odkryciach", które zmieniły świat na nowo napisał Steven Johnson.


Co wspólnego mają: selfie, koliber, obraz, lustro, okulary i pustynia? Odpowiedź jest prosta to szkło! Ha, też byłam lekko zaskoczona. Ale jak się okazało wszystko łączy się ze sobą. W jaki sposób? Musicie przeczytać sami.

Już dawno żadna książka tak mnie nie zaskoczyła. Steven Johnson pokazał mi świat, ale zupełnie z nowej perspektywy. Wychodząc zupełnie inaczej niż książki naukowe, bo od ogółu do szczegółu pokazuje jak niepozorne, często przypadkowe odkrycia zmieniły świat na zawsze. Tak jak było ze szkłem, czyli podgrzanymi przez słońce ziarenek krzemionki na pustyni. Od tej pory ludzie zaczęli udoskonalać szkło, które służyło najpierw za tworzywo do wyrobu naczyń, później wynaleziono szyby, lustro, a kolejno zaczęto używać do wyrobu innych technologicznych przedmiotów jak soczewki w mikroskopach, okularach, aparatach itp.

Więcej przykładów Wam nie podam, bo zepsuję Wam sięgnięcie do całości, a jest to książka, która otwiera świat na zupełnie nową perspektywę. Myślę, że trochę zapominamy co się z czego wzięło, bo uczymy się o wynalazkach w szkole, ale jest to płaskie podanie daty i odkrycia, a tutaj mamy podany ciąg przyczynowo-skutkowy, co pokazuje, że wiele zawdzięczamy przeszłości. 

Bardzo polecam tę książkę. Jest to idealna pozycja na prezent dla każdego. Jeśli nie wiecie co kupić mamie, cioci na imieniny, bratu, dziadkowi, nauczycielce, sąsiadce, znajomym, czy dzieciom (od 4 klasy), to jest to świetne rozwiązanie. Jedynym ograniczeniem jest tutaj trochę naukowy język, dlatego warto zwrócić uwagę, by ktoś lubił poznawać nowe perspektywy, ale treść jest tak dobrana, że zainteresuje absolutnie każdego bez względu na wiek, czy płeć. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu SQN

niedziela, 26 lutego 2017

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ Mała czarna, czyli recenzja "Być jak Audrey Hepburn" Mitchell Kregman

Chyba każda małą dziewczynka ma w czasie dorastania taki moment, że przymierza rzeczy z szafy mamy. Marzy wtedy aby choć na chwilę być kimś innym, aby zmienić się w dorosłą, traktowaną całkiem poważnie osobę. Bohaterka książki nie spodziewała się, że przymiarka jednej sukienki napędzi cały bieg zdarzeń. Marzenia małej dziewczynki zaczną się spełniać, tylko jaka będzie cena życia w iluzji?


Dziewczęce marzenia

Lisbeth, młoda dziewczyna, która kończy szkołę i lada moment ma wybierać collage, nie ma łatwego życia. Mieszka z matką alkoholiczka, przed którą chowa się do szafy i ogląda na laptopie "Śniadanie u Tiffany'ego" z Audrey Hepburn, ojciec nie żyje, siostra mądrala i młodszy brat aferzysta. Jedyną ostoją spokoju w jej życiu są spotkania z Bunią, babcią mieszkającą w domu seniora, oraz przyjaciółką, Jess, która ma staż w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Pewnego razu, podczas wystawy strojów z epoki Jess pozwala jej przymierzyć legendarną czarną sukienkę z jej ulubionego filmu. Pech chciał, że do pomieszczenia zmierzał właśnie szef Jess, dziewczyna nie chcąc zaszkodzić przyjaciółce wymyka się na chwilę tylnym wyjściem i trafia na przyjęcie. Tam poznaje wielu wpływowych gości, m.in. Thabitę, podupadłą gwiazdę muzyki...

W blasku fleszy

Dziewczyna nawet nie spodziewała się, że nagle jej życie wkroczy na inne tory. Świat celebrytów stanął przed nią otworem. Do tego babcia udostępnia jej wspaniałe formowe sukienki z przed lat, a zdolna przyjaciółka przerabia je, stając się tym samym tajemniczym projektantem X. Dziewczyny zaczynają prowadzić grę, a Lisbeth zaczyna udawać kogoś kim nie jest. Pojawia się na zamkniętych przyjęciach, gdzie wstęp mają tylko zaproszone osoby, poznaje wiele wpływowych osób, a wszystko idzie jeszcze lepiej, gdy zakłada bloga pt: "W blasku jupiterów". Sława, bogactwo i pieniądze stają się być zachętą do dalszych eskapad...

Być jak Audrey

Wszystko wydaje się być świetną zabawą, aż do momentu, kiedy trafia na zawistną partnerkę pewnego mężczyzny. Lisbeth zostaje wciągnięta w niebezpieczną grę, a świat celebrytów przestaje nagle świecić blaskiem z gazet i zdjęć, a odkrywa przed nią prawdziwą ciemną stronę...

"Kiedy nie masz nic do stracenia, możesz zyskać wszystko"    (s.250)

New Adult

Książka wpisuje się w modny ostatnio nurt New Adult. Bohaterka, zagubiona dziewczyna, nie wie jaką drogę życiową obrać. Natłok zdarzeń miesza jej w głowie, a łatwowierność i naiwność nie pomagają w podejmowaniu trafnych wyborów. Lisbeth w ostatecznym rozrachunku zaczyna rozumieć w czym tkwi problem jej zachowań i dostrzega wszystko we właściwych barwach.

"-Bądź ostrożna Lisbeth - dodała Bunia. - Jak mawiał Summy: "Usta kłamcy mogą być pełne prawdy, ale to wciąż kłamca". Uważaj komu ufasz."                             (s. 208) 

"Być jak Audrey Hepburn" to pozycja idealna dla dziewczyn w wieku bohaterki, świetnie zrozumieją się z nią też kobiety do 30 roku życia. Choć cała opowieść wieje trochę cukierkowością i infantylizmem, to całość posiada bardzo uniwersalne i ponadczasowe przesłanie. Poza tym pojawia się tutaj sporo wabików w postaci nowych technologi, platform społecznościowych, można poznać świat celebrytów i pracę blogerów od kuchni, mamy do czynienia ze światem mody znanym z okładek czasopism, a to nas kobiety zawsze interesuje. Bardzo przyjemna opowieść o tym co naprawdę się liczy, a czego warto nie przeoczyć.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Kobiecym
Warto czytać. Bo czytanie przenosi w inny wymiar!

Do zaczytania
J.


czwartek, 23 lutego 2017

RECENZENCKI Zgubić się w Nieznanym, o "Podróźowaniu z Beniaminem" Martina Vopenki

Muszę Wam coś wyznać: pokochałam ebooki! <3 Ostatnio czytam wszędzie, na czymkolwiek się da, czasem nawet po kilka zdań, ale to co zrobiła ze mną powieść Martina Vopenki jest najlepszą rekomendacją jaką autor może usłyszeć od recenzenta. Czytałam w korku w samochodzie, czytałam w środku nocy, czasami o zaskakujących godzinach..., czytałam w dziwnych miejscach, w kolejce do kasy, w kinie na reklamach przed seansem, w łazience, w piwnicy, ech... Podróżowałam z tą książką, tak jak Dawid, bohater podróżował ze swoim synem Beniaminem.



Podróż

Po śmierci swojej żony, Dawid postanawia zabrać swojego ośmioletniego syna Beniamina w podróż. Chce tym samym uciec od gęstej atmosfery po pogrzebie, na którym byli tylko we dwoje, bo nie chcieli płaczu i lamentu rodziny. Ma to być też sposób na zacieśnienie relacji z synem, która wcześniej była bardzo wybiórcza, a właściwie sprowadzała się do zarabiania na potrzeby dziecka. Jako że warunki finansowe pozwalają im na trip bez ustalenia celu, ojciec postanawia nadać tej podróży nieco magicznego znaczenia i używa w tym celi zaczarowanej formuły:

" Dlatego napisałem list: "Drogi Beniaminie, uroczyście ci oznajmiam, że zostałeś wybrany do wypełnienia wielkiego i trudnego zadania - masz wyruszyć z tatą zgubić się w Nieznane. Nikt dobrze nie wie, którędy w Nieznane dotrzesz. Możesz go szukać w niezbadanej dali, ale nie jest również wykluczone, że Nieznane ukryte jest całkiem niedaleko, że jest wszędzie wokół nas. Wyrusz z tatą w podróż i przekonaj się sam". List poprzypalałem na rogach świeczką i po kryjomu wsunąłem Beniaminowi w nocy pod poduszkę."                                                                                        (s. 42)

Wyruszają z Czech najpierw za pobliską granicę. Odwiedzają Niemcy, Austrię, docierają do Włoch, płyną na Korfu, stąd do Bułgarii, Rumunii, by na powrót znaleźć się w Pradze. Im dłużej podróż trwa, tym bardziej okazuje się jak bardzo była im potrzebna...

Relacja ojca z synem

 Martin Vopenka w bardzo prosty sposób mówi o trudnych sprawach. W tej powieści mamy zawarte skomplikowane relacje rodzinne. Zaczynając od związku narratora z żoną, która w żadnym wypadku nie spełniała jego oczekiwań. Poprzez relacje z synem, która tak naprawdę zostaje zbudowana dopiero podczas podróży, gdzie oboje uczą się ze sobą żyć, poznają swoje zachowania, oczekiwania i nabierają do siebie zaufania. Mamy tutaj też zawiłą relację z resztą spowinowaconych i znajomych. Niby jak w każdej pokoleniowej rodzinie relacje z dziadkami skupiają się na wnukach, tak tutaj okazuje się, że gdzieś głębiej tkwi problem. 

" - Tato, tato zobacz, tu, na tym domu, mają serce! - zawołał nagle Beniamin z entuzjazmem.
   - Aha - udałem zaskoczenie.
   Przez chwilę milczał. Właściwie to przez całkiem długą chwilę.
  - To chyba znaczy, że tam mieszkają dobrzy ludzie. którzy kochają innych prawda, tato? - zapytał w końcu. 
  - Tego nie wiem, Beniaminie - musiałem zepsuć mu radość - Obawiam się, że to serce umieścili tam tylko po to, żeby przyciągnąć ludzi i zarobić pieniądze. Namalowane albo świecące serce jeszcze nie znaczy, że ktoś naprawdę kocha innych. Musisz być ostrożny i nie pozwolić się zbajerować. To ważne, abyś zrozumiał, kto rzeczywiście ma dobre serce, a kto oferuje jedynie jakieś oszustwo."                                                                (s. 55/56)


 Odkrywanie pragnień

Podczas podróży ojciec i syn zmniejszają dystans do siebie. Jest im ze sobą coraz lepiej, ale ojciec cały czas nie może się odnaleźć. Szuka spełnienia w najbardziej zwierzęcym instynkcie i postanawia skupić się na zaspokajaniu potrzeby bliskości seksualnej. Poprzez fragmenty powieści opisujące jak mota się sam ze sobą, ponieważ teraz jest odpowiedzialny nie tylko za swoje działania, ale także za swoje dziecko, przejawia się obraz człowieka zagubionego, a także pokazana zostaje najważniejsza potrzeba człowieka, potrzeba bliskości. Kiedy ma się obok siebie drugą, miłą sobie osobę, wszystko od razu inaczej wygląda. Ojciec zaraz po zaspokojeniu popada w wyrzuty sumienia, że myślał tylko o sobie, kiedy to jest odpowiedzialny za los dziecka. Ojciec coraz bardziej uświadamia sobie sytuację w jakiej się znalazł i zaczyna dostrzegać miłość rodzicielską, która do tej pory była dla niego tak oczywista, że zapominał o osobie syna, skupiając się na samej rodzinie jako całości.

Zgubienie się w Nieznanym

Finał powieści jest zaskakujący. Przez większość powieści autor przekazuje relację z trasy, ale od momentu, kiedy podróż ma się ku końcowi, do zakończenia i powrotu do domu mamy emocjonalny rollercoaster. Muszę przyznać, że na początku ciężko było mi się wgryźć w opowieść. Wiało trochę nudą, bo co może nowego wnieść książka o tym jak to ojciec i syn jadą sobie bez celu przed siebie. Ni to reportaż z drogi, ni to emocjonująca relacja z trasy, aż tu nagle bach! Ostatnie 120 stron pokazuje po co jest cała powieść. Żeby nie spojler-ować, nie chcę pisać co się wydarzyło, najlepiej sami przeczytajcie, możecie się tylko domyślać, ale poza rozwojem sytuacji i tym, że znamy zakończenie, całość ładunku emocjonalnego skacze jak na trampolinie. Mamy wloty i upadki, psychologiczna warstwa jest skrojona na miarę, a epilog stawia kropkę nad i. Mariusz Szczygieł, który jest pomysłodawcą całej serii Stehlik powiedział, że to jest najpiękniejsza powieść o relacji ojca z synem. Patrząc na całokształt nie można się z tym nie zgodzić. Jedynym zarzutem w stronę autora jest delikatne popadanie w banał i oczywistość, mam tutaj na myśli symbolikę dat 6 grudnia, 24 grudnia, ale właśnie o symboliczne przedstawienie tutaj chodzi. 

"-Taką podróżą może być całe nasze życie - odpowiedziałem mu obrazowo, choć wiedziałem, że zrozumie to jako konkretne odniesienie do tej jednej podróży. Dla mnie w tej chwili było najważniejsze, żeby nie zniszczyć jego wyobrażeń i zarazem nie kłamać. - Jeżeli tylko będziemy chcieli, to ta podróż będzie trwała całe nasze życie."       (s. 110)

Polecam tę czeską powieść, z pewnością dostarczy wielu emocjonalnych wzruszeń, uniesień, przemyśleń. Za e book recenzencki dziękuję Wydawnictwu Dowody na Istnienie

 
 
 


niedziela, 19 lutego 2017

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ Książka mojego życia!


Dziś będzie najbardziej znaczący dla mnie wpis. Ponieważ opowiem wam kawał swojej historii o książce, która mnie zaprowadziła do tego miejsca. Książka ta pokazała mi piękno słów, magiczny świat powieści i rozpętała szaloną miłość do książek. Poznajcie mnie i mój "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego.


Swoją opowieść zacznę od początku, czyli od tego jak trafiłam na ten tytuł. Było jesienne, bardzo deszczowe popołudnie. Próbując schronić się przed deszczem, bo do odjazdu autobusu zostało jeszcze sporo czasu, weszłam do niewielkiej księgarni, aby poprzeglądać piękne okładki. Tydzień wcześniej rozpoczął się ostatni rok licencjatu, co sugerowało wybór tematu do pracy końcowej. Nie miałam w głowie ułożonego planu, nie miałam nawet pomysłu. Patrząc na półki i stoły, nagle natrafiłam na dział książek nominowanych do Literackiej Nagrody NIKE. Wśród nich jedna, która szczególnie zwróciła moją uwagę tytułem. "Traktat o łuskaniu fasoli". Czy to nie brzmi pięknie dla dziewczyny, która całkiem niedawno jako dziewczynka łuskała fasolę ze swoją babcią? Nie dużo myśląc, zabrałam ze sobą. Kilka dni później, jeszcze nie znając jej treści, całkowicie ryzykując, powiedziałam promotorce, że będę pisała pracę licencjacką o Wiesławie Myśliwskim, a później magisterską...





Zaczęłam czytać i przepadłam. Wiesław Myśliwski jest autorem, który pisze o życiu zwykłych ludzi w sposób absolutnie niezwykły. W "Traktacie..." jak sugeruje tytuł mamy rozważania egzystencjalne narratora. Poznajemy go w sytuacji dość zwyczajnej jak na wiejskie życie, siedzi w izbie, gdzie panuje półmrok, więc klimat sam się tworzy. Nagle do jego drzwi puka tajemniczy przybysz. (Na temat tego kim jest ta postać jest wiele teorii, z najciekawszych przywołam alter ego autora, duszę narratora, starego znajomego. Ja poświęciłam mu z kolei swoją pracę magisterską, ale o tym może kiedyś jeszcze opowiem).  Od tej pory zaczyna się dialog, a tak właściwie swoisty monolog, w którym bohater wspomina swoje życie, dokonuje rozliczenia z przeszłością, zastanawia się nad rolą przypadku i przeznaczenia w jego losach, a także pokazuje jak zdarzenia determinowały jego dalsze wybory i gdzie prowadziły ich skutki.
                                                       
Trzeba tutaj zaznaczyć, że nie jest to książka moralizatorska. Nie mamy tutaj filozoficznego poglądu na życie. Nie ma zbędnych porad, jest za to pięknie przedstawiona opowieść człowieka, który na starość chce prześledzić swoje życie, aby mieć pewność, że wszystko co go spotkało było sensowne.
 

Każdy kto kiedykolwiek spotkał się z Wiesławem Myśliwskim czy to w powieściach, czy to w wywiadach ten wie, jaki rodzaj celebracji życia i pojmowania świata przedstawia. Mnie bardzo brakuje takiego świata, z magicznymi zdarzeniami, z tym czymś, czego do końca nie da się wytłumaczyć, a co spotyka każdego, kto tylko potrafi popatrzeć na swoje życie z boku.

"Traktat o łuskaniu fasoli" jest książką idealną. Po pierwsze klimat wieczoru, chaty, rozmowy. Po drugie wspaniale skonstruowana fabuła. Po trzecie książka pozostawia wiele myśli, które krążą wokoło po każdym zdaniu. Po czwarte sam autor. Wiesław Myśliwski jest klasykiem polskiej literatury współczesnej, trzeba go znać, poznać.



Polecam każdemu, kto lubi powieści ambitne, ale także każdej osobie czytającej tylko dla samej fabuły. Tutaj się nie będziecie nudzić. Opowieść płynie, a wraz z nią życie samego narratora. To wspaniała podróż przez los, przeznaczenie i przypadek.

wtorek, 14 lutego 2017

WTOREK Z REPORTAŻEM Życie na miarę

Temat odzieżowego niewolnictwa jest co jakiś czas wyciągany na wierzch, a to za sprawą organizacji chroniących praw człowieka, a to z przyczyny jakiejś tragedii w fabryce umiejscowionej w krajach trzeciego świata, czy przy okazji afer finansowych firm odzieżowych żerujących na niewolnictwie pracowniczym. Dziś ja chcę wam opowiedzieć o kilku ważnych aspektach całej sprawy, a to spowodowane jest przeczytaniem reportażu Marka Rabija "Życie na miarę".


Dhaka, stolica Bangladeszu. Tutaj na powierzchni nieco większej niż Kraków żyje 15 milionów ludzi. Przeludnienie powoduje desperację wśród ludzi, a tym samym świetne warunki dla przemysłu i właścicieli fabryk, by tanim kosztem produkować towary dla zachodniego świata. 

Marek Rabij odwiedza Dhakę dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2013 roku, kiedy świat po raz pierwszy na taką skalę, zwrócił oczy na tamtych ludzi. 24 kwietnia 2013 roku, w Savarze koło Dhaki doszło do katastrofy budowlanej. Rana Plaza, ośmiopiętrowy budynek mieszczący pięć fabryk odzieżowych w budynku przeznaczonym dla biur, a nie przemysłowej produkcji, po godzinie 8 rano runął, grzebiąc pod gruzami 1200 osób. Reporter pojechał tam kilka dni po tragedii, by dowiedzieć się, jak wygląda produkcja odzieży dla polskich producentów.

"Dhaka ciągle potrzebuje nowych rąk do pracy. Te stare szybko tracą przecież młodzieńczą zręczność albo palce w maszynach".                                (s. 57)

 Tragedia w Savarze pokazała niewielką skalę zjawiska. Organizacje pozarządowe i dbające o Prawa Człowieka na problem warunków w jakich produkuje się tanio odzież. Nam ludziom z tej zachodniej strony świata raczej nie przychodziło do głowy sprawdzać na metce w sklepie, gdzie wyprodukowano bluzkę, kurtkę, czy inne akcesoria. Po tamtych wydarzeniach wiele krajów wystąpiło z kampaniami uświadamiającymi problem niewolnicwa odzieżowego. Ale po lekturze reportażu Marka Rabija mam wrażenie, że jest to sposób na zatuszowanie pewnych spraw, a nie cel sam w sobie. Coś powiedziano, ale tak naprawdę dopóki jest zapotrzebowanie, produkcja będzie tam trwała


Podczas pierwszej wizyty w Bangladeszu, autor wiele nie wskórał. Właściciele fabryk bali się rozdmuchania sprawy, nikt nie wypowiadał się ponad to co się wydarzyło. Dopiero po kilkunastu miesiącach podczas drugiej wyprawy drzwi fabryk uchylono dla reportera. Celowo używam tutaj słowa >uchylono< a nie >otworzono<, ponieważ skala zjawiska jest nadal nie do opisania.

"Dlatego na Wyspie obficie występuje też coś, czego na zdrowy rozum nie powinno być tu wcale: śmiech. Blaszane domki dudnią nim co krok, niczym wielkie odbiorniki radiowe ustawione na tę samą stację."                                                     (s. 57/58)

Obraz ludzi żyjących tam na miejscy jest tutaj dwojaki. Z jednej strony życie w tłumie wywołuje zachowania stadne. Robią to co wszyscy, poddają się temu co mają, a praca w fabrykach odzieżowych jest z reguły jedynym pewnym sposobem na zarobienie minimalnej kwoty, pozwalającej wykarmić rodzinę, bo o utrzymaniu się w jakimkolwiek znaczeniu dobrobytu nie może być tutaj mowy. Patrząc w ten sposób ludzie ryzykują niejednokrotnie utratę zdrowia, pracują ponad siły, pozwalają by ich poniżano w imię targetu i normy jakie mają być wykonane. Jakakolwiek próba postawienia się, kończy się natychmiastowym zwolnieniem z pracy, bo na to miejsce jest chętnych kilka tysięcy następnych zdesperowanych osób. 


Z drugiej strony ci ludzie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zachód żyje ich kosztem, a praca w fabryce jest dobrodziejstwem jakie ich spotyka. Wstrząsające jest tutaj świadectwo człowieka, który pracuje w miejscu, gdzie dawniej znajdował się jego dom rodzinny z ogrodem, czyli środowisko błogie, dobrze znane. Kilka lat temu, kiedy przemysł dopiero się tam rozwijał właścicele fabryk namawiali ludzi do sprzedawania ziemi pod fabryki, tłumacząc, że w ten sposób nie tylko oni ale i sąsiedzi będą mieli pewne miejsca pracy w zadaszonych warunkach, zarobią więcej taka niż mogliby wypracować na swojej ziemi uprawiając rośliny, a to wszystko bez ryzyka klęski pogodowej. Ten wspomniany człowiek do dziś nie może się pogodzić z tym, żę brat zgodził się na sprzedaż, a teraz chodzi do własnego ogródka za żelazną bramą i musi mieć przepustkę gwarantującą pozwolenia na przebywanie tutaj.


Ja jestem po lekturze w lekkim rozkroku, ponieważ z jednej strony doskonale rozumiem mechanizmy produkcyjne. Biznes polega na tym by kupić taniej i sprzedać drożej, ale dlaczego kosztem ludzi? Z drugiej strony, gdyby wartość produktu była uzależniona od możliwości produkcyjnych, prawdopodobnie połowa sieciówek straciłaby prawo bytu, ponieważ średnią klasę społeczeństwa nie byłoby zwyczajnie stać na zakup produktów w cenach od projektantów.

Nie chcę tutaj nikogo bronić, ani stawać po jakiejkolwiek stronie, bo zarówno producenci ponoszą tutaj winę, gdyż doskonale wiedzą dlaczego tam można produkować drożej i wykorzystują tamtejszych ludzi, którzy nie mają wyboru, bo w takiej samej sytuacji jest kilkanaście milionów innych obywateli. Z drugiej strony tamci ludzie dają się wykorzystywać. Z trzeciej strony w Polsce też istnieje wiele firm, które produkują na miejscu, podwykonawcy szyjący ubrania z kolekcji otrzymują śmieszne groszowe wypłaty za uszycie jednej rzeczy. Bo jak można inaczej nazwać sytuację, gdzie w procesie produkcji firma zleca wszycie zamka do kurtki za 12 groszy, za całą kurtkę dostarczoną w skrojonych skrawkach materiału proponuje kilkanaście złotych, a później w galerii handlowej ta sama kurtka kosztuje 150 zł! Problem niewolnictwa odzieżowego istnieje na skalę większą niż produkcja w Bangladeszu...

"Okazyjne ceny, na jakie natrafia się w czasie wyprzedaży, wciąż z naddatkiem pokrywają nie tylko koszty produkcji, transportu, lecz nawet marketingu. W szczycie sezonu często mamy więc błogie poczucie, że nasze portfele wreszcie biorą krwawy odwet na dziale handlowym ulubionego producenta,ale w rzeczywistości wciąż chodzimy na pasku odzieżowego Belfegora."                                       (s. 214/215)

 Podsumowując ten trudny temat. Polecam zapoznanie się z reportażem Marka Rabija "życie na miarę", ponieważ my możemy żyć choć trochę bardziej świadomie.Choć tak naprawdę niewiele możemy z tym wszystkim zrobić...

piątek, 10 lutego 2017

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ poprzez stany

Co powiecie na propozycję wyjazdu do Stanów, tak TYCH Stanów, USA? Proponuję podróż ze zwiedzaniem miejsc nam europejczykom znanych z wielkiego ekranu, związanych  z kultowymi miejscami, produktami itp. Zbierajcie się, bo wyjazd... za chwilę!


Jakub Ćwiek, jego ojciec zwany przez współtowarzyszy Ojczenasz :-), Patryk Jurek, Radek Teklak, Bartek Czartoryski i Agata kreska_ trochę spontanicznie, trochę naiwnie, a trochę marzycielsko wybrali się w podróż po Ameryce, a tak dokładniej przez wschodnie wybrzeże śladami pokulturowych elementów rzeczywistości.

Zaczynając podróż zwykle bierze się mapę, opracowuje się trasę, budżet, zakupuje się bilety itp. Tutaj też mamy opis przygotowań, ale jest to tak zabawny i naturalny opis, że miałam wrażenie jakbym siedziała z narratorem przy kominku, wieczorem, z lampką wina i popkornem i słuchała opowieści osoby, która wróciła z wyprawy. Kuba Ćwiek wkrada w nudne, zdawać by się mogło, projektowanie podróży dygresje. Sposób przeskakiwania z myśli do myśli jest bardzo naturalnym sposobem oddania tego w jaki sposób człowiek przekazuje opowieści.

W książce z racji tego, że jest to pozycja z gatunku reportażu podróżniczego, mamy mnóstwo porad, przydatnych informacji co, jak, gdzie i kiedy załatwić, zobaczyć, czego unikać, aby podróż była przyjemnością z poznawania nowego miejsca, a nie gorzkim rozczarowaniem z powodu napotykania przeszkód na każdym kroku w obcym kraju. I tak mamy chociażby porady dotyczące korzystania z telefonów, zasad poruszania się kamperem po miastach, bo takim właśnie samochodem jeżdżą. Mamy też wiele informacji na temat żywienia, jest tutaj wiele wstawek dotyczących kultowych potraw jak chociażby hot-dogi z budki na kółkach (każdy chyba taką widział choć raz w jakimś amerykańskim filmie!). To wszystko oddaje ciekawość poznawczą jaka kierowała ludźmi, którzy postanowili wyruszyć w tą drogę.

Oprócz porad i zapisu trasy otrzymujemy oczywiście całą plejadę popkulturowych osób, produktów, miejsc, znaków, symboli. Moją ulubioną oczywiście z uwagi na książki tego autora, jest anegdota i cała opowieść o żółtej kopercie z odciskiem buta w skrzynce pocztowej Stephena Kinga.  Ale poza nim pojawiają się również Jack Ketchum, ten od "Dziewczyny z sąsiedztwa", Harlan Coben, Sylwester Stallone, Allan Edgar Poe, pojawia się przegląd kina, nie będę wymieniała tytułów, ponieważ jest ich grubo ponad 100!, a także Coca-Cola, takie miejsca jak Times Square, Bangor,  straszące Baltimore, Boston, Nowy Orlean, i wiele innych.

Mówiąc o tej książce należy wspomnieć o jej konstrukcji. Są tutaj nie tylko zapiski Kuby Ćwieka, ale także wstawki tłumaczące znaki popkultury Bartka Czartoryskiego, zdjęcia Patryka Jurka i kreski_, Dziennik pokładowy Radka Teklaka a także bonus po napisach, czyli sceny zza kulis. Jedynym minusem wydawniczym jest czcionka, tak mała i tak męcząca, że aż szkoda, bo książka jest bardzo ważna dla nas wszystkich, bo przecież pokpultura amerykańska nas kształtuje. 

Polecam, bo warto poszerzać swoje horyzonty, a co może być piękniejszego, niż podróżowanie w najdalsze miejsca ziemi nie wychodząc z własnego domu?

Za książkę dziękuję Wydawnictwu SQN

sobota, 4 lutego 2017

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ Dream, dream, dream...

Pamiętacie pozytywki? Ja mam przed oczami piękną, szklaną figurkę pani z parasolem, stylizowaną, w pięknej sukni, stojącą na mahoniowej podstawce, za nią lustro w którym się odbija postać obracająca się w rytm melodyjki, co sprawiło, że można było ją widzieć jednocześnie z przodu i z tyłu. Widziałam ją po raz pierwszy w sklepie jubilerskim w którym pracowała moja ciocia, pokazała mi ją kiedy przyjechaliśmy na zakupy i przechodząc obok podeszliśmy się przywitać. Wtedy nie wiedziałam, że ta magiczna scena będzie tak bardzo metaforyczna. Zapraszam was na recenzję "Amerykańskiej sielanki" Philipa Rotha.


Książka nie jest nowa, bo ma 20 lat! tak! Wydana po raz pierwszy w 1997 roku, a w 1998 Philip Roth otrzymał za nią Nagrodę Pulitzera, całkowicie zasłużenie. Teraz książka powraca za sprawą filmu pod tym samym tytułem w reżyserii Ewana McGregora. Ja opowiem wam, co z mojego punktu widzenia zobaczyłam w środku. Ale zanim zacznę dołączam link do pewnej piosenki, która jest w klimacie książki, a w ogóle pojawia się w niej.


Zarys akcji

Utalentowany sportowiec, Seymour Levov nazywany przez swój północny wygląd "Szwedem". W latach szkolnych jego życie wygląda sielankowo. Jest dzieckiem przedsiębiorców, ojciec potentat na rynku wyrobów skórzanych, matka Miss stawiana wszystkim za wzór, on sam wystawiany na świeczniku przez sukcesy sportowe (każdy chyba pamięta taką osobę ze swoich lat szkolnych!). Wszystko zmienia się gdy dorasta i to co do tej pory wyglądało zewnętrznie pięknie zaczyna gnić. A to za sprawą pierworodnej córki, która dorasta w rodzinie bogaczy amerykańskiej prosperity, co ma na nią wpływ odwrotny do zakładanego przez rodziców. Pewnego dnia pod wpływem ideologii Merry wysadza w powietrze stację benzynową w wyniku czego ginie człowiek...

Narracja

Opowiadaczem całej historii jest Natan Zukerman, który jest kolegą młodszego brata "Szweda" ze szkoły. Opowiada wszystko ze swojego punktu widzenia co daje obraz superbohatera. Cała opowieść zaczyna wyciekać mu przez palce za sprawą prośby "Szweda". Będą już staruszkami po 60 -tce, idol z lat szkolnych prosi Natana, który jest zasłużonym pisarzem, by spotkał się z nim pod pretekstem napisania wspomnień o ojcu "Szweda". Pod tą prośbą krył się jednak zupełnie inny powód, który Natan odkrył dopiero po śmierci Seymoura, gdy na zjeździe absolwentów brat "Szweda" opowiada mu na nowo prawdziwą jego historię. Amerykański sen istniejący w świadomości Natana rozmywa się co raz bardziej...

Akcja

Książka nie ma zwrotów akcji, fabuły pędzącej na łeb na szyję. Wszystko idzie powoli, kręci się wokoło wydarzeń z życia "Szweda", jego rodziny i osób do niej przylegających. Ale nie jest to męczące tempo. Wszystko tutaj obraca się jak w pozytywce. Z każdą kolejną sceną poznajemy jakby z nowej strony wszystkie wydarzenia, a tym samym nabieramy dystansu. To co z pozoru na początku wydawało się przejrzyste i oczywiste, teraz zostaje zmętnione jak woda w kałuży i nabiera zupełnie nowego znaczenia dla reszty opowieści. 

Rozpad rodziny

Philip Roth w bardzo ciekawy sposób pokazał jak zagmatwane są relacje w każdej rodzinie. Nie jest oczywiste to co dla wszystkich dookoła wydaje się być idealne. Z punktu widzenia Natana "Szwed" żył w fantastycznej rodzinie, a okazało się,że zapłacił za to ogromną cenę. Córka "Szweda" miała wszystko co tylko rodzice mogli jej dać najlepszego, a okazało się, że dla niej nie liczyło się to co miała, ale to co siedziało gdzieś głęboko w niej. Merry miała wiele problemów osobowościowych, portret psychologiczny jej postaci jest skomplikowany i daje wiele odpowiedzi na to dlaczego właśnie tak odreagowała.

Akt terroru

Ideologia w jaką dała się wplątać Merry szukająca tak naprawdę towarzystwa w nieodpowiednich kręgach, bo tam gdzie wciskali ją rodzice przez swój defekt, jakim było jąkanie się nie mogła liczyć na nic oprócz szyderstwa i krzywych uśmieszków, doprowadziła do destrukcji rodziny i otworzyła oczy na to, co wcześnie bagatelizowali. Tąpnięcie w relacjach odwróciło idylliczny obraz świata w jakim żyła "Szwed" o 360 stopni. Wysadzenie stacji benzynowej było też atakiem terroru na społeczeństwie amerykańskim, które zagrożenie dostrzega dopiero w momencie jak wydarza się jakaś tragedia.

Skórzane rękawiczki

Element tak symboliczny dla całej powieści, że aż dziwi mnie to jak jest pomijany. Fabryka produkująca rękawiczki sposobem rękodzielniczym pokazuje jak bardzo zmienił się na przestrzeni przemysł nie tylko amerykański ale i światowy.Dawniej liczył się tylko ten, kto przykładał wagę do całego procesu powstawania produktu. W książce możemy poznać sposób powstania pary rękawiczek od kawałka skóry, przez etapy krojenia, szycia i do momentu kiedy trafiają na ręce właściciela. Rękawiczki są tutaj symbolem humanizmu, co ma wydźwięk szyderczy kiedy poznajemy cały ogląd sytuacji. Poza tym rękawiczki jako kulturowe zamiatanie czegoś pod dywan, mówi się o czarnej robocie w rękawiczkach, białe rękawiczki są z kolei symbolem nieskazitelności, a tutaj mamy takie coś...



Podsumowując. "Amerykańska sielanka" Philipa Rotha to absolutnie pozycja obowiązkowa. Książka daje do myślenia. Pokazuje wiele aspektów społecznych. Otwiera oczy na to co nazywane jest w popkulturze american dream. Polecam każdemu, kto w książkach szuka nie tylko ciekawej fabuły, ale przede wszystkim tego czegoś.

Za książkę recenzencką dziękuję Wydawnictwu Literackiemu