wtorek, 17 stycznia 2017

RECENZENCKI WTOREK O świcie, który nadszedł

Jeśli ktoś mnie zna, to wie, że nie często sięgam do książek nazywanych powieściami historycznymi. Powód jest prosty, zraziłam się do historii jako przedmiotu w szkole, nie widziałam sensu w wykuwaniu dat na pamięć, jedynym ratunkiem byłoby nauczanie historii jako ciągu przyczynowo skutkowego, co dałoby podstawy do rozumienia, uczenia się i poznawania losów świata. Z tego też powodu jako jedyna osoba w klasie humanistycznej LO powiedziałam historykowi, że nie zdaję matury z tego przedmiotu,  w efekcie zdawałam geografię. Ale dość prywaty, bo to wpis nie o mnie.

Jak wiadomo od historii jako takiej nie da się daleko uciec. Prędzej, czy później nas dogoni. Przyznaję, że nadszedł czas w moim życiu, gdzie coraz częściej trafiam na ciekawe książki z historią w tle. Tak też było z thrillerem historycznym (tak bym zakwalifikowała gatunkowo tę książkę)  Remigiusza Mroza "Świt, który nie nadejdzie". Zapraszam do zapoznania się z moją opinią. 


MIEJSCE

"Świt, który nie nadejdzie" jest osadzony w przedwojennej Warszawie. Miasto przedstawione jest z dość mrocznej strony, bo poznajemy tutaj tajniki panujących braterstw mafijnych, mamy do czynienia z handlem narkotykami na międzynarodową już wtedy skalę, a także sutenerstwem i przemocą. 

BOHATEROWIE

Na pierwszych stronach poznajemy przybysza z Wilna, Ernesta Wilmańskiego, byłego boksera, który nie nosi kapelusza, co jest dość dziwaczne jak na modę tamtych czasów. Nazywano go przez to nagusem. Znakiem rozpoznawczym jest za to para skórzanych rękawiczek, których nigdy nie zdejmuje. Pierwsze godziny pobytu w stolicy zmieniają cały jego plan. Miał szukać nowego, lepszego życia, a ratuje młodą dziewczynę, prostytutkę Anastazję przed natarczywym klientem. Nie wiedział jednak, że jest od tej pory na celowniku Banników, jednej z organizacji  rządzących w tej dzielnicy. Sytuacja zaostrza się, gdy policja dowiaduje się o buńczucznym bokserze. Chcą go zwerbować jako wtykę przestępczego światka. Do tego zadania oddelegowują Elizę Zarzeczną, nowicjuszkę z misją pomocy dziewczyną uwikłanym w sutenerstwo, oraz jej partnerkę Salomeę Kier. Losy tej trójki przeplatają się w zaskakujący sposób, a zwroty akcji zmieniają ich role tak, że nie wiadomo do końca kto się kim okaże. Poza wszystkim należy jeszcze dodać, że są to bohaterowie bardzo szczegółowo ucharakteryzowani. 

AKCJA

Historia toczy się bardzo dynamicznie. Naliczyłam co najmniej 11 zaskakujących zwrotów akcji. Żeby nie zdradzać za dużo powiem tylko, że mistrzowsko rozegrana została maskarada Salomei. Ogromny plus dla autora za dwa porządne tąpnięcia z jej udziałem. Po drugie w pewnym momencie po napadzie na "Mokradło", siedzibę organizacji mafijnej i zamordowaniu przywódców wydaje się, że akcja zaczyna zmieniać tor, a tutaj proszę, zmartwychwstanie, które choć było do przewidzenia i jest trochę serialowe, to jednak daje efekt triumfu mniejszego złą nad ideologicznymi zapędami.

KLIMAT

Warszawa lat 20- tych jest tutaj tak dobrze oddana, że robi wrażenie jakby chodziło się po jej ulicach wraz z bohaterami. Zresztą jest to znak firmowy Remigiusza Mroza, oddaje on charakter miejsca w dość realnym odbiciu, choć tutaj było to zadanie trudniejsze do wykonania, musiał cofnąć się w czasie i pozaglądać w archiwa. Przyznam się, że ciut posprawdzałam prawdomówność autora i donoszę, że szpitale jak i dzielnice są zgodne ze stanem historycznym. Ogromne brawa za tak dobrze oddane opisy struktur świata przestępczego. Można naprawdę ciekawych rzeczy się dowiedzieć o świecie z przed prawie 100 lat. Bo obraz przedwojennej stolicy to raczej klimatyczne restauracje, gdzie przy dźwiękach fortepianu spotykały się panie w starannie ułożonych fryzurach w fale, z dżentelmenami w garniturach i kapeluszach. O narkotykowym półświatku raczej się nie wspomina. A tutaj mamy i jedno i drugie, a do tego jeszcze szereg słów z epoki, co jest nie lada gratką dla frików językoznawstwa. 

PODSUMOWANIE

Z ogromną niepewnością sięgałam po tę książkę Remigiusza Mroza. Po odgrzebanym z czeluści szuflad "W cieniu prawa" bałam się, czy "Świt, który nie nadejdzie" nie powtórzy tamtej pomyłki. Na szczęście okazało się, że mamy tutaj autora w doskonałej formie, w niczym nie ustępuje tutaj opowieściom z cyklu o Chyłce, która jak wiecie jest dla mnie odkryciem poprzedniego roku. Mam cichą nadzieję, i tym samym zwracam się tutaj do autora, Remigiuszu zakończenie daje możliwość dopisania ciągu dalszego, ja chętnie przeczytam co tam u Elizy i Wilmańskiego i gdzie do cholery jest Ana!

Tyle ode mnie. Polecam książkę Mroza, bo jeśli nawet mnie, osobę uciekającą od historii w powieściach potrafił zainteresować, do tego stopnia, że zarwałam dwie noce, to mówię to z czystym sumieniem, warto przeczytać! A może już ktoś z Was czytał? Chętnie porozmawiam o odczuciach i poznam Wasze opinie. Piszcie w komentarzach.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz