wtorek, 31 stycznia 2017

RECENZENCKI WTOREK "Tak to już jest"

Do czego prowadzi obsesja pragnienia, posiadania, doznawania? Czy łatwo jest ujarzmić dzikość ludzką, dzikość społeczną, dzikość serca, uczuć, marzeń? Tego dowiecie się sięgając po "Pragnienie" Richarda Flanagana wydaną przez Wydawnictwo Literackie.
 

Lady Jane, żona brytyjskiego odkrywcy, który zniknął z całą wyprawą w poszukiwaniu Przejścia Północno - Zachodniego na Arktyce zwraca się z prośbą, a właściwie błaganiem o pomoc w ocaleniu wizerunku męża oskarżonego o kanibalizm do Charlesa Dickensa. Ten znajdujący się u szczytu sławy pisarz zagłębia się w życiorys sir Johna Franklina, pisze sztukę inspirowaną wydarzeniami z życia tej rodziny. Tym samym otwierają się mu oczy na swoje własne obsesje, toksyczne relacje i tłumione pragnienia.

 " - A zatem ta kochana mała nie ma matki, ojca ani żadnej rodziny?
    - Ma rodzinę szanowna pani, ale nie bliską. Tubylcy podchodzą do tych spraw w sposób bardziej swobodny, a jednocześnie bardziej skomplikowany niż my. Dla nas rodzina jest jak szur, dla nich zaś koronka"     (s. 73/74)

Za sprawą Lady Jane poznajemy historię pewnej Aborygeńskiej dziewczynki, nazywanej przez towarzystwo dzikuską. Mathinna zachwyca swoją energicznością, naturalnością i innością. Pani postanawia ją adoptować, tym samym zaspokoić swoje pragnienie posiadania dziecka, a także przeprowadzenia eksperymentu naukowego, chce zmienić dziką, nieokrzesaną dziewczynkę w dziecko z jej sfer. Czy to się uda? Jak to wszystko wpłynie na osieroconą dziewczynkę? Czy lady Jane zrozumie istotę człowieczeństwa? O tym przekonacie się czytając książkę Richarda Flanagana.


Wydana po raz pierwszy w 2008 roku powieść autora "Ścieżek północy", które zostały nagrodzone Bookerem, wychodzi na polskim rynku i z pewnością zyska przychylność czytelników. Pięknie zazębione dwie historie, do tego smaczek w postaci Charlesa Dickensa, wszystko w klimacie wiktoriańskiej Anglii z egzotyczną Australią z czasów Aborygenów. Zapraszam do przeniesienia się w rok 1840. 


Historia Mathinny, aborygeńskiej dziewczynki, którą poznajemy gdy ma lat siedem, a z końcem książki ma lat siedemnaście jest opowieścią tragiczną. Jej losy, to czego musiała doświadczyć, bo będą dzikuską prędzej czy później musiała poddać się ucywilizowaniu, wszystko to jest przykładem pragnienia ludzi do osiągnięcia władzy nad wszystkim dookoła. Od zarania dziejów człowiek pragnął podporządkować sobie otoczenie, tak by służyło mu do jego celów. Wynaturzenie przyniosło rozwój cywilizacji, ale i upadek duszy, uczuć, tradycji. Richard Flanagan w epicki sposób uświadamia nam jak bardzo barbarzyńscy potrafimy być, my ludzie.


Na uwagę zasługuje nie tylko sama opowieść, która nie pozostawia czytelnika obojętnym, skłania do refleksji, ale do tego jest napisana i skonstruowana w wyjątkowy sposób. Przeplatanie się losów lady Jane, Mthinny i Dickensa daje ogląd na całą sytuację z trzech wymiarów. Możemy śledzić jednego bohatera, współodczuwać z nim jego rozterki, doznawać wielu emocjonalnych wzlotów i upadków nie tracą niczego z pozostałych wątków. Jest to świetna konstrukcja filmowa, tylko czekać jak wytwórnie zechcą zekranizować tę książkę.

" - Mamy w życiu tylko kilka chwil (...) takich jak chwila radości  i zadziwienia drugim człowiekiem. Niektórzy powiedzieliby, że jest to chwila piękna czy transcendencji. (...) Albo, że taka chwila obejmuje wszystkie wzniosłe odczucia. Potem człowiek dochodzi do pewnego wieku i pojmuje, że ta jedna chwila (...) to było pani życie. Że takie chwile są wszystkim, całym światem. Z uporem myślimy jednak, że będą one miały wartość tylko wtedy, jeśli uda nam się sprawić, aby trwały wiecznie. Powinniśmy żyć dla takich chwil, jesteśmy jednak tak zaabsorbowani pogonią za czymś innym, za przyszłością i za kotwicami, które ściągają nas w dół, że czasem nawet nie widzimy tych chwil takimi jakimi są"   (s. 169) 

Mnie urzekła nie tyle samą opowieścią, co elementami konstrukcji. Przemycone zostały tutaj wydarzenia historyczne bez zbędnego patosu. Nic tutaj nie jest przedstawiane z glorii i chwale, ale właśnie od najciekawszej strony, od zaplecza. Bo wszyscy wiemy, że nie rzadko za pięknymi fasadami, kryją się mroczne zaułki. Nie przypadkowo na zdjęcia do tego postu umieściłam czarnego łabędzia. Jego symboliczne i mitologiczne znaczenie w całej powieści jest esencją tej książki. Ale żeby dowiedzieć się o co dokładnie mi chodzi, musicie sięgnąć do tej książki. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

sobota, 28 stycznia 2017

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ Opowieść przez pokolenia

Babka, jej córka i wnuczka. Trzy kobiety, które są blisko, bo połączone więzami rodzinnymi, ale i jednocześnie daleko, przez koleje życia, które co tu dużo mówić, zostały spowodowane zawirowaniami uczuć w kierunku nieodpowiednich mężczyzn. Do tego jeszcze Indie i odległa od nich Ameryka. Dwa światy, tradycyjny i współczesny. Zapraszam do przeczytania książki Chitary Banerjee Divakaruni "U stóp bogini".


Wszystko zaczyna się zupełnie niepozornie. Babka, Sabitri mieszka w Indiach, nie utrzymuje kontaktów z córką - Belą, która mieszka wraz z wnuczką Tarą w Ameryce. Bela dzwoni do swojej matki z prośbą, by ta napisała list, w którym opisze swoją historię, aby ustrzec wnuczkę przed błędami jakie może popełnić. Od tego listu zaczyna się opowieść o historii rodziny.

Przepięknie poprzeplatana opowieść o życiu w Indiach, o tym jak decyzje wpływają na nasze życie. Wspaniale opowiedziana z punktu widzenia kobiet, pokazująca jak bardzo jesteśmy zdeterminowani nie tylko prze swoje decyzje, ale przede wszystkim poprzez swoje korzenie. 

Jest to też lektura dająca do myślenia, ponieważ sposób opowieści, przedstawienie losów babki i jej  córki poprzez szczątkowe fragmenty, które układają się w całość po przeczytaniu pokazują, jak ważna jest relacja na linii matka - córka. Uświadamiają, że dziedziczymy nie tylko pewne cechy charakteru, ale także historię i w pewnym sensie nasze życie jest zależne od tego kim były nasze matki i babki.  

Poza historią rodzinną dostajemy tutaj w gratisie wspaniale przemycone hinduskie tradycje, zwyczaje, opowieści o tym co to znaczy być kobietą w Indiach, co to znaczy mieć marzenia i ambicje i żyć w tej tradycji. To jak bardzo różni się ona od zachodniej kultury wszyscy dobrze wiemy, ale kiedy dostajemy przykłady z życia Sabriti i Beli robi to naprawdę ogromne wrażenie. 

Polecam każdej kobiecie niezależnie od wieku. Znajdą tutaj coś dla siebie i nasze babcie, mamy doznają wspaniałych wzruszeń, a my, ich córki i wnuczki możemy przez tę historię sięgnąć w głąb naszych prywatnych rodzinnych historii, do czego was zachęcam. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu


wtorek, 24 stycznia 2017

WTOREK Z REPORTAŻEM CZTERY PORY ROKU W AFGAŃSKIEJ WIOSCE

Afganistan jako miejsce na ziemi konotuje same wojenne skojarzenia. Od razu przed oczami są wybuchy bomb, gruzy zamiast miast, pustynne, żółto-szare tereny, zabici, ranni, żołnierze. Anna Badkhen postanowiła zabrać czytelników do zupełnie  innego, nieznanego świata, do afgańskiej wioski. 


Reportaż "Cztery pory roku w afgańskiej wiosce" to opowieść o życiu normalnych ludzi żyjących w tamtym rejonie świata, mających swoje zwyczaje, tradycje, często swoje zdanie na to jak żyć. W tej opowieści nie ma śladu wojny. Może oprócz wspomnień fragmentarycznych o pracy dziennikarskiej. 

W afgańskiej wiosce możemy doświadczyć zupełnie oderwanych od naszej rzeczywistości zachodniej zwyczajów. Mnie najbardziej zaszokował sposób na uspokajanie niemowlaków przez podanie im opium. Zupełnie dla nas nie do pojęcia jest pojmowanie świata jako płaskiej kwadratowej powierzchni. Autorka, kiedy powiedziała, że jest z Ameryki i chciała opowiedzieć jak dojechać w tym kierunku zderzyła się ze ścianą kulturową, usłyszała, że świat wcale nie jest kulą, tylko jest jak dywan. Od tamtej pory zrozumiała, że tamten świat różni się od naszego i stara się to pokazać.

Poznajemy zwyczaje, od zdobywania półproduktów potrzebnych do produkcji dywanów, przez cały proces ręcznego tkania dywanów, które często są w naszym konsumpcyjnym świecie niedoceniane. Kolejno możemy uczestniczyć w tradycyjnym ślubie, czy poznać tradycyjne potrawy. 

Afganistan zostaje odczarowany. My zapominamy o tym, że tam żyją ludzie tak mocno zakorzenieni w swojej świadomości, że nie zwracają uwagi na wojnę. Zapraszam do świata pachnącego kwiatami granatu, przyprawami z trudnym, ach zupełnie naturalnym rytuałem tkania dywanów w tle.




niedziela, 22 stycznia 2017

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ nadszedł czas... na polowanie

O tej książce możecie ostatnio usłyszeć i przeczytać wszędzie, dlatego i ja postanowiłam ją przeczytać. Teraz już wiem, że z jednej strony żałuję tej decyzji, a z drugiej, cóż... Zapraszam Was do recenzji "Margo" Tarryn Fisher.


" Perła zaczyna swoje życie jako śmieć - coś niechcianego, na przykład fragment skorupy albo okruch, który przypadkiem trafia do muszli małża. Aby się chronić, małż wydziela substancję tworzącą wokół drażniącego śmiecia gładką i twardą powierzchnię. Tę substancję nazywa się masą perłową. " (s.7)
Tarryn Fisher zabiera nas w miejsce przerażające. Bone, miasteczko w USA, gdzie lepiej nie wychodzić po zmroku. Tam przestępczość to coś naturalnego, narkotyki można kupić u sąsiada, a matka głównej bohaterki z domu urządziła burdel. W takim świecie żyje Margo. Dziewczyna, która osaczona przez miejsce, ale przede wszystkim przez brak normalności musi wpisać się w codzienność, jaką serwuje jej matka. Pewnego dnia w drodze do pracy Margo rozmawia z dziewczynkę jadącą do swojej babci. Kilka dni później do jej domu pukają ludzie z zapytaniem, czy nie widziała tego dziecka, bo dziewczynka zaginęła. Od tego momentu Margo postanawia wraz z niedawno poznanym chłopakiem na wózku inwalidzkim, Judah, wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. W dziewczynie otwierają się drzwi do najciemniejszych zakamarków psychiki, o jakich do tej pory nie miała pojęcia. 


"Margo" jest powieścią przerażającą. Porusza takie rejony psychiki, które wywołują wstręt, oburzenie, złość, niepewność, rozdrażnienie. Makabryczny opis rozpadu psychiki zniszczonej od samego początku, bo przecież okoliczności w jakich przyszło żyć i dorastać Margo spowodowały, że dziewczyna była naznaczona pewnego rodzaju skazą. Miasteczko z jego tajemnicami. Strach puka tutaj codziennie do drzwi, a sąsiadów lepiej nie odwiedzać. Choć pozory normalnego życia są tworzone na potrzeby dnia codziennego, to jest tylko fasada, to co zastajemy w środku jest naprawdę wstrząsające.



Jest to książka o której nie da się tak po prostu zapomnieć. Trudna relacja matki i córki, zemsta jaka zaczyna rządzić umysłem bohaterki, tajemnice z za ściany. Ciężko jest powiedzieć o takiej książce, że jest dobra, czy godna polecenia. Na pewno jest to książka zwracająca uwagę na wiele aspektów społecznych. Wykluczenie, brak akceptacji, hermetyczność miejsca, przemoc. Na pewno warto czytać powieści, które pokazują do czego może doprowadzić wyniszczenie psychiki. Trzeba te tematy pokazywać, mówić o nich. Zwłaszcza w dzisiejszym świecie, gdzie po cichu przyzwala się na akty przemocy. 


Tarryn Fisher napisała mocną, krwawą, dotykającą psychiki książkę. Nie jest to literatura młodzieżowa, absolutnie uważajcie na tą książkę jeśli jesteście wrażliwi na krzywdę ludzką, cierpienie, niesprawiedliwość. Opisy są tutaj bardzo naoczne i dosłowne. Z jednej strony to do czego doprowadziła chęć zemsty jest w jakimś stopniu wytłumaczalne, przez powody. Ale nie ma we mnie wewnętrznej zgody na to czego się dopuszcza Margo. Dlatego z jednej strony bardzo żałuję, że przeczytałam tę książkę, bo siedzi ona we mnie i czuję w środku dygot, jak sobie przypomnę niektóre sceny. Z drugiej strony książka jest bardzo ważna jeśli chodzi o zjawiska społeczne i psychologiczne. Jeśli się odważycie wejść w świat "Margo" uważajcie, bo polowanie dopiero wtedy się zacznie...

wtorek, 17 stycznia 2017

RECENZENCKI WTOREK O świcie, który nadszedł

Jeśli ktoś mnie zna, to wie, że nie często sięgam do książek nazywanych powieściami historycznymi. Powód jest prosty, zraziłam się do historii jako przedmiotu w szkole, nie widziałam sensu w wykuwaniu dat na pamięć, jedynym ratunkiem byłoby nauczanie historii jako ciągu przyczynowo skutkowego, co dałoby podstawy do rozumienia, uczenia się i poznawania losów świata. Z tego też powodu jako jedyna osoba w klasie humanistycznej LO powiedziałam historykowi, że nie zdaję matury z tego przedmiotu,  w efekcie zdawałam geografię. Ale dość prywaty, bo to wpis nie o mnie.

Jak wiadomo od historii jako takiej nie da się daleko uciec. Prędzej, czy później nas dogoni. Przyznaję, że nadszedł czas w moim życiu, gdzie coraz częściej trafiam na ciekawe książki z historią w tle. Tak też było z thrillerem historycznym (tak bym zakwalifikowała gatunkowo tę książkę)  Remigiusza Mroza "Świt, który nie nadejdzie". Zapraszam do zapoznania się z moją opinią. 


MIEJSCE

"Świt, który nie nadejdzie" jest osadzony w przedwojennej Warszawie. Miasto przedstawione jest z dość mrocznej strony, bo poznajemy tutaj tajniki panujących braterstw mafijnych, mamy do czynienia z handlem narkotykami na międzynarodową już wtedy skalę, a także sutenerstwem i przemocą. 

BOHATEROWIE

Na pierwszych stronach poznajemy przybysza z Wilna, Ernesta Wilmańskiego, byłego boksera, który nie nosi kapelusza, co jest dość dziwaczne jak na modę tamtych czasów. Nazywano go przez to nagusem. Znakiem rozpoznawczym jest za to para skórzanych rękawiczek, których nigdy nie zdejmuje. Pierwsze godziny pobytu w stolicy zmieniają cały jego plan. Miał szukać nowego, lepszego życia, a ratuje młodą dziewczynę, prostytutkę Anastazję przed natarczywym klientem. Nie wiedział jednak, że jest od tej pory na celowniku Banników, jednej z organizacji  rządzących w tej dzielnicy. Sytuacja zaostrza się, gdy policja dowiaduje się o buńczucznym bokserze. Chcą go zwerbować jako wtykę przestępczego światka. Do tego zadania oddelegowują Elizę Zarzeczną, nowicjuszkę z misją pomocy dziewczyną uwikłanym w sutenerstwo, oraz jej partnerkę Salomeę Kier. Losy tej trójki przeplatają się w zaskakujący sposób, a zwroty akcji zmieniają ich role tak, że nie wiadomo do końca kto się kim okaże. Poza wszystkim należy jeszcze dodać, że są to bohaterowie bardzo szczegółowo ucharakteryzowani. 

AKCJA

Historia toczy się bardzo dynamicznie. Naliczyłam co najmniej 11 zaskakujących zwrotów akcji. Żeby nie zdradzać za dużo powiem tylko, że mistrzowsko rozegrana została maskarada Salomei. Ogromny plus dla autora za dwa porządne tąpnięcia z jej udziałem. Po drugie w pewnym momencie po napadzie na "Mokradło", siedzibę organizacji mafijnej i zamordowaniu przywódców wydaje się, że akcja zaczyna zmieniać tor, a tutaj proszę, zmartwychwstanie, które choć było do przewidzenia i jest trochę serialowe, to jednak daje efekt triumfu mniejszego złą nad ideologicznymi zapędami.

KLIMAT

Warszawa lat 20- tych jest tutaj tak dobrze oddana, że robi wrażenie jakby chodziło się po jej ulicach wraz z bohaterami. Zresztą jest to znak firmowy Remigiusza Mroza, oddaje on charakter miejsca w dość realnym odbiciu, choć tutaj było to zadanie trudniejsze do wykonania, musiał cofnąć się w czasie i pozaglądać w archiwa. Przyznam się, że ciut posprawdzałam prawdomówność autora i donoszę, że szpitale jak i dzielnice są zgodne ze stanem historycznym. Ogromne brawa za tak dobrze oddane opisy struktur świata przestępczego. Można naprawdę ciekawych rzeczy się dowiedzieć o świecie z przed prawie 100 lat. Bo obraz przedwojennej stolicy to raczej klimatyczne restauracje, gdzie przy dźwiękach fortepianu spotykały się panie w starannie ułożonych fryzurach w fale, z dżentelmenami w garniturach i kapeluszach. O narkotykowym półświatku raczej się nie wspomina. A tutaj mamy i jedno i drugie, a do tego jeszcze szereg słów z epoki, co jest nie lada gratką dla frików językoznawstwa. 

PODSUMOWANIE

Z ogromną niepewnością sięgałam po tę książkę Remigiusza Mroza. Po odgrzebanym z czeluści szuflad "W cieniu prawa" bałam się, czy "Świt, który nie nadejdzie" nie powtórzy tamtej pomyłki. Na szczęście okazało się, że mamy tutaj autora w doskonałej formie, w niczym nie ustępuje tutaj opowieściom z cyklu o Chyłce, która jak wiecie jest dla mnie odkryciem poprzedniego roku. Mam cichą nadzieję, i tym samym zwracam się tutaj do autora, Remigiuszu zakończenie daje możliwość dopisania ciągu dalszego, ja chętnie przeczytam co tam u Elizy i Wilmańskiego i gdzie do cholery jest Ana!

Tyle ode mnie. Polecam książkę Mroza, bo jeśli nawet mnie, osobę uciekającą od historii w powieściach potrafił zainteresować, do tego stopnia, że zarwałam dwie noce, to mówię to z czystym sumieniem, warto przeczytać! A może już ktoś z Was czytał? Chętnie porozmawiam o odczuciach i poznam Wasze opinie. Piszcie w komentarzach.   

niedziela, 15 stycznia 2017

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ (nie) Wigilijna opowieść

Dziś chciałam się z Wami podzielić wpisem w jakim miałam przyjemność brać udział jako gość u Magdy z bloga Skrytka na kulturę. W ramach kampanii blogerów Przeczytaj&podaj dalej stworzyłyśmy wpis tematyczny : Książka ze świątecznym klimatem.

---------->  cały tekst -------> T U T A J ! ! ! <---------------------------

Ja przekazuję Wam mój tekst o "Wigilijnych psach" Łukasza Orbitowskiego.

Jeśli spytać przypadkowych przechodniów: jaka książka kojarzy się z czasem świątecznym?, większość zapewne odpowie "Opowieść wigilijna"  Karola Dickensa. Ja też tak bym odpowiedziała, gdybym nie znała opowiadań Łukasza Orbitowskiego z klimatem świąt w tytule, choć ze świętami tak naprawdę niewiele mają wspólnego. Zapraszam do zapoznania się z "Wigilijnymi psami"

Zbiór opowiadań z młodości Orbitowskiego został niedawno ponownie wydany po dziesięciu latach od premiery. Zawiera 11 opowieści, w tym trzy nowe do tej pory nie publikowane. Mamy tutaj do czynienia z młodym, zbuntowanym, czarnowidzącym człowiekiem. Z historii przejawia się obraz świata mrocznego, gdzie pozornie nic nieznaczące wydarzenia mają drugie dno.  Łukasz Orbitowski zaczarowuje i odczarowuje jednocześnie rzeczywistość. Zajmuje się zagadnieniami legend miejskich, które mają ogromne znaczenie kulturoznawcze i poznawcze. 

Moją uwagę zwróciły dwie opowieści. Pierwsza to "Opowieść taksówkarska". Od tej pory jazda taksówką nigdy już nie będzie dla mnie normalną usługą transportową. Rzecz rozchodzi się o tajemnicze, pozornie samobójcze śmierci taksówkarzy. Wszystko jest owiane tajemnicą, nic się nie zgadza, aż do momentu kiedy pewien dziennikarz trafia na dziwne zdjęcia. Jest to historia w klimacie podobnym do opowieści miejskich o hienach cmentarnych, czy tym podobnych nadprzyrodzonych zjawiskach. Zdecydowanie pozostanie w mojej pamięci.

Nie wszystkie opowiadania są w mrocznym klimacie z duchami w tle. Tytułowe "Wigilijne psy" poruszają inne rejony psychiki i emocjonalności podczas lektury. Tutaj mamy do czynienia z obserwacją charakterologiczną bohatera. Mężczyzna doświadcza dziwnego zjawiska. Każdej wigilii do jego domu przychodzą psy, czarny i szary. 

" Dobra rodzina to taka, w której nikt nie udaje, więc siedzieliśmy smutni: ja, matka, Ewa, babcia i dwie ciotki przybyłe z miasta, by wesprzeć nas w trudnym czasie. Pieprzyć takie święta, bez ojca to ponura szopka, gdzie Herod zjada Jezusa przy trzasku opłatków. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem psy."          
           s. 193

Znając przesąd o mówiących zwierzętach o północy tego jedynego wieczoru w roku, psy stają się metaforą zwyczajów i tradycji. Z biegiem lat zaczynają się zachowywać coraz dziwniej i agresywniej. Kiedy odkrywamy alegoryczne ich znaczenie dla życia bohatera, cała opowieść staje się jedną wielką przenośnią. Bardzo trafione w mój gust czytelniczy, jeśli chodzi o rodzaj konstrukcji opowiadania.

Polecam wszystkim lubiącym opowiadania, ale także każdemu kto nie boi się bać podczas lektury, kto chciałby poznać psychikę młodego autora, ponieważ przez te teksty możemy dowiedzieć się co siedziało w głowie,a tym samym co ukształtowało późniejsze dzieła Łukasza Orbitowskiego. Trzecim argumentem 'za' jest fakt, że jest to polski autor, a kto lepiej zrozumie naszą rzeczywistość opisaną, czy zastaną niż my sami? Godne poznania i nadające się na prezent dla szerokiego grona odbiorców. 





wtorek, 10 stycznia 2017

RECENZENCKI WTOREK Historia pewnego jedwabiu

Kiedy dowiedziałam się, że mogę zrecenzować książkę tematycznie związaną z kulturą wschodu bardzo się ucieszyłam, bo jakoś mi w zeszłym roku było po drodze do książek z klimatem kultur japońskich, chińskich, arabskich. A tutaj dostajemy na dokładkę bardzo piękną historię materiału. Zapraszam na recenzję "Jedwabnej opowieści" Kelli Estes od Wydawnictwa Kobiecego.


"Jedwabna opowieść" to historia Inary, która dziedziczy po śmierci ciotki rodzinną willę na wyspie Orcas, majątek Rothesay. Nie ma pieniędzy na utrzymanie, a co dopiero na realizację marzenia ciotki zapisanego w testamencie na stworzenie w willi hotelu. Inara jednak postanawia rzucić stabilne życie i prosi swojego ojca, właściciela floty dalekomorskich transportowców, o finansowanie przedsięwzięcia. Zaczyna się remont. Pewnego dnia pod schodem Inara znajduje tajemniczy pakunek. W ceracie przewiązanej sznurkiem znajduje się jedwabny rękaw odcięty nożyczkami od reszty szaty. Na nim widnieje statek, a za burtą znajdują się ludzie w wodzie. Wszystko jest tajemnicze i orientalne, ponieważ materiał wygląda na chiński jedwab. 

To wydarzenie otwiera śledztwo jakie podejmuje Inara. Postanawia dowiedzieć się kto i dlaczego schował rękaw w skrytce pod schodami. Prosi wykładowcę uniwersyteckiego, który jest pochodzenia wschodniego Daniela Chin o pomoc. Odkrywa kolejne elementy układanki, poznaje historię swojej rodziny i swoich przodków zamieszkujących Rothesay przed laty. 

Powieść Kelli Estes jest napisana w dwóch planach czasowych. Akcja rozgrywa się w czasach współczesnych i w latach 80-tych, 90-tych XIX wieku, kiedy żyłą Mei Lien, sąsiadka pradziadka Inary, jak się później okaże spokrewniona z rodziną Daniela Chin. Więcej o zależnościach rodzinnych nie mogę powiedzieć, ponieważ każdy szczegół byłby zbyt dużym spojlerem. Zachęcam do przeczytania.

"Jedwabna opowieść" to nie tylko ciekawa historia. Autorka zawarła tutaj wiele opisów tradycji chińskiej. Pokazała jakie wartości były ważne dla ludzi wschodu, nawet tych mieszkających w Stanach Zjednoczonych.

 Kolejnym aspektem jest poznanie historii własnej rodziny. Każdy człowiek na świecie chce poznać swoje korzenie. W przypadku Inary odkrycie było dość dramatyczne, ale pozwoliło jej rozliczyć się z przeszłością. Mamy tutaj również rozpisane na dwa głosy, co przeplata się i dopełnia, kolejne historie Mei Lien i Inary. W miarę czytania poznajemy życie tych dwóch kobiet i co najciekawsze, odkrywamy tajemnicę rękawa i haftu. 

Losy Inary są też przykładem pogoni za marzeniami, wiarą w to co inni uważają za nieosiągalne. Budując hotel butikowy udowodniła, że jeśli się czegoś chce, to można osiągnąć wiele, czasem warto wyjść poza strefę komfortu. 

Bardzo polecam tę piękną historię z orientalną nutką. Jest to książka pomijana w recenzjach, a nawet została zaszufladkowana jako literatura kobieca (bzdura jakaś!). Jest to absolutnie opowieść dla każdego czytelnika lubiącego rodzinne tajemnice, ludzkie dramaty, historię Stanów Zjednoczonych i chińskich emigrantów, a także po prostu pięknie napisaną opowieść. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję raz jeszcze Wydawnictwu Kobiecemu
 



sobota, 7 stycznia 2017

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ By odnaleźć siebie...

Wyobraź sobie, że jesteś kobietą, żyjącą w świecie mężczyzn, w świecie niezrozumienia, wykluczenia, dystansu i stereotypowych podziałów. Trudne? Nawet w dzisiejszych czasach wydaje się być to codziennością. Ale jeśli dodam, że sytuacja ma się do lat 60-tych, to sytuacja nieco się zaostrza. Dodam jeszcze konflikt rasowy i już mamy intrygujący obraz fabuły, który znajdziemy w "Muzie" Jessie Burton wydaną przez Wydawnictwo Literackie.


Poznajemy Odelle, czarnoskórą dziewczynę, która przyjechała do Londynu z Trynidadu, aby znaleźć lepsze życie. Pracuje w sklepie obuwniczym wraz ze swoją przyjaciółką, która niebawem ma wyjść za mąż. Odelle nie jest szczęśliwa pracując w sklepie. Marzy o pracy w gazecie, bardzo chciałaby być pisarką, jedynym pocieszeniem jest nagroda za wiersz, co było małym docenieniem i nadzieją, że jeszcze może kiedyś spełnić swoje marzenia. 

Odelle na przyjęciu ślubnym swojej przyjaciółki poznaj chłopaka, który pokazuje jej obraz. Na nim widnieje dziewczyna trzymająca głowę drugiej dziewczyny i siedzący na tylnych łapach lew (wcale nie szykujący się do skoku, jak piszą wszystkie recenzje i opisy SIC!).

" (...) po jednej stronie umieszczono postać dziewczyny, trzymającej w rękach odciętą głowę innej młodej kobiety, a po przeciwnej stronie namalowany był lew, który przysiadł na tylnych łapach, ale wcale nie szykował się do skoku. Obraz roztaczał aurę baśniowości." (s. 46)
Od tej pory akcja zaczyna się rozgrywać w dwóch przestrzeniach czasowych. Planem głównym jest Londyn, Odelle i lata 60-te, a za sprawą obrazu, który prawdopodobnie został namalowany przez hiszpańskiego artystę, przenosimy się do Hiszpanii lat 30-tych.

Co działo się później z Odelle, kim był artysta malujący obraz i co w tej całej historii robi postać szefowej Odelle Marjorie Quick musicie przeczytać sami.

Powieść jest bardzo dobrze skonstruowana. Przeplatające się plany czasowe współgrają w całej historii, przez co poznajemy całość opowieści z dwóch stron. Książka Jessie Burton jest też opowieścią o wielu problemach, choć ujętych pobocznie.

Mamy tutaj wykluczenie rasowe. Odelle przez to, że jest czarnoskóra jest traktowana gorzej. Ma ciężej osiągnąć to, co sobie zamierza, a nieufność ludzi czasem prowadzi do zdarzeń, jakie już na zawsze zmieniają jej życie. Mamy też do czynienia z segregacją płciową. Kobiety z góry były skazane na pewne zajęcia, nie mogły zajmować stanowisk mężczyzn, widać to zarówno w historii Odelle jak i Olivii powiązanej z historią obrazu. Dziewczyna wbrew woli ojca chce zostać malarką, choć zawód artysty był postrzegany jako należący do mężczyzn. Mamy tęsknoty za rodziną, mamy pogoń za marzeniami, chęć przedostania się do lepszego świata, mamy wreszcie podróż w głąb siebie, by odnaleźć to co daje szczęście.

Pięknie napisana opowieść z wieloma wątkami kulturowymi, ze sztuką w tle, z magicznym Londynem i piękną Hiszpanią. Opowieść dla każdego. to lubi dostać coś więcej niż tylko ciekawą historię.

Było to moje pierwsze spotkanie z autorką, ale po opiniach jakie zebrała jej pierwsza powieść "Miniaturzysta" na pewno sięgnę i po ten tytuł. Wam też polecam, a może już ktoś czytał, jak wrażenia?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Litrackiemu


czwartek, 5 stycznia 2017

TOP 5 książek 2016 roku, rozczarowanie + BONUS

Kochani! Cisza spowodowana przedłużonym urlopem poświątecznym wymuszonym chorobą wymogła na mnie kilka przemyśleń. W związku z Nowym Rokiem, nowym otwarciem zobaczyłam na postanowienia jakie sobie postawiłam rok temu. I co?... moim szczytem blogowym był wtedy rozwój i co najmniej jeden wpis w miesiącu, hahaha. Nie spodziewałam się chyba, że mogę osiągnąć aż tak wiele. Dziękuję w tym miejscy Wam, bo to czytelnicy napędzają mnie do działania. Powstał fanpage na facebooku i konto na Instagramie. Podjęłam współpracę z kilkoma nowymi wydawnictwami, byłam na fantastycznych wydarzeniach, Targi Książki w Warszawie, Targi Książki w Krakowie, oj działo się...

Dlatego też teraz na rozruch po lenistwie świątecznym postanowiłam stworzyć swoją TOP LISTĘ książek roku 2016 podzielonych na kategorie. No to zaczynamy!

Literatura polska

Tutaj absolutnym odkryciem i numerem jeden są książki Jakuba Małeckiego. Jego "Dygot" wydany co prawda w 2015 roku, ale ja go czytałam dopiero w 2016, oraz "Ślady" to według mnie najlepsze książki minionego roku.
 

Literatura zagraniczna

Tutaj postanowiłam wybrać książkę, która swoją historią utkwiła mi najbardziej w pamięci. Wyróżniam "Kobiety w kąpieli" Tie Ning. 

Reportaż

Pokochałam reportaż ogromnie. Uwielbiam dowiadywać się nowych rzeczy, poznawać świat, a praca reportera jest przenikaniem rzeczywistości na wskroś. W tym roku przeczytałam ponad 20 reportaży, ale na wyróżnienie zasługuje jeden, który swoim rozmachem, przekrojem i dosadnością wywrócił moje postrzeganie jedzenia na zawsze. "Głód" Martina Capparosa. 

Kryminał

Jest to gatunek, który dla mnie jest postrzegany w kategoriach rozrywki. Lubię się bać o bohatera, lubię kiedy akcja trzyma w napięciu, lubię opisy i miejsca, które później mogę znaleźć w rzeczywistości. Choć kryminał nie jest literaturą wysoką, choć to powoli się zmienia i ewoluuje, to dla mnie jest to odskocznia od ciężkich historii prozatorskich. Odkryciem roku jest zdecydowanie Remigiusz Mróz i jego cykl z Chyłką i Oryńskim.


Książka dla dzieci

Kategoria o której wcześniej nie pisałam, ale po odkryciu tej książki pojawia się w zestawieniu. "Rok w lesie" Emilii Dziubak. Fantastyczny sposób na przekazanie obrazem zachowań zwierząt na przestrzeni roku. Podzielona na dwanaście kart, wcześniej rozpisane zwierzęta, które można śledzić, cudowny sposób by zainteresować dziecko obserwacją przyrody i świata otaczającego. 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

BONUS - Wydarzenie roku

Nie mogę w tym miescu nie wspomnieć wydarzenia, od którego wszystko co dotyczy mojego blogowego świata się zaczęło. Był marzec 2016 roku i wspaniała informacja z biura Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego z zaproszeniem na Galę wręczenia w maju. Oczywiście byłam tam, a co się działo pisałam TUTAJ -> Gala wręczenia Nagrody im. Kapuścińskiego.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Rozczarowanie roku

Niestety czytelniczy rok przyniósł też dwa rozczarowania. Pierwszą jest książka, którą ja traktuję jako eksperyment, bo literacko jest to po prostu zapchajdziura wydawnicza, bo trzeba było coś wydać po nagrodzie, a mowa o Joannie Bator i  jej książce "Wyspa Łza". Sam pomysł dobry, ale coś nie gra pomiędzy treścią a zamysłem. Choć bardzo lubię tę autorkę, to ta pozycja jest absolutnie najgorsza w dorobku. 

Drugą książką, o której nawet nie próbowałam pisać recenzji, bo byłam taka zła na cały szum wokoło jest "Uległość" Houellbecqa. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem i śmiem twierdzić, że po tej książce ostatnie. Tytuł pojawiał się we wszystkich prasowych wspomnieniach wydarzeń literackich miesiąca, był omawiany w programach telewizyjnych zatem spodziewałam się po nim wiele, a dostałam bełkot pseudo apokaliptycznej wizji przyszłości, podszytej scenami jak z tanich, niskobudżetowych horrorów, a scena na stacji benzynowej, jest dla mnie nie do przejścia. Choć muszę przyznać, że wizja przejęcia kontroli nad światem przez państwo muzułmańskie jest przerażająca, to sposób jej przekazu jest po prostu słaby. 

Celowo nie wstawię tutaj okładek, ponieważ jest to moja subiektywna ocena, dla kogoś z was mogą to być książki znajdujące się w waszej topce, ja to szanuję, każdy ma swoje upodobania czytelnicze. 

Z mojej strony to tyle na początek, szykuję dla was naprawdę zaczytany rok. Dajcie znać w komentarzach co wy uważacie za najlepsze książki roku.