środa, 30 listopada 2016

WTORKI Z REPORTAŻEM #9 Wyspa

Słysząc słowo wyspa, zwykle przywołujemy obraz sielankowego wypoczynku, gdzieś gdzie jest ciepło, niebo przejrzyście błękitne, woda krystalicznie bezbarwna, dookoła palmy, wygodne leżaki, kolorowe drinki z parasolkami i wesoła muzyka. Niestety ten obraz nie zawsze jest zgodny z prawdą. Dziś opowiem Wam o Lampedusie, wyspie opodal Włoch, gdzie oprócz sielankowego wypoczynku, codziennie rozgrywają się ludzkie dramaty i walka na śmierć i życie.





Lampedusa jest znakiem wodnym. Jak Wenecja albo Sycylia. (...)
Mogłyby nie istnieć. Byłyby wtedy abstrakcyjnym obrazem oderwanym od artysty i jego zamiaru. Archaiczną grafiką, która zagęszcza cały świat - widziany i domyślny, historyczny i symboliczny. Pojedyncze życia - nasze i cudze - bratersko powiązane ze sobą i z nami, którzy patrzymy"                               (s. 7)






Lampedusa, to wyspa należąca terytorialnie do Włoch, tutaj obok plaż wypoczynkowych dla turystów rozgrywają się codziennie ludzkie dramaty. Wszystko za sprawą położenia wyspy. Jest ona najbliżej wysuniętym punktem Europy od wybrzeża Afryki. Lampedusa jest miejscem, gdzie każdej nocy przypływają łodzie emigrantów uciekających przed wojną, dramatem życia, w pogoni za lepszym życiem. Uciekają przez morze na łodziach zupełnie  nie przystosowanych do takich transportów, niejednokrotnie godzą się na zaryzykowanie życia, by tylko uciec.

Jarosław Mikołajewski w reportażu o emigrantach pokazuje to co jest pomijane we wszystkich debatach, rozmowach, negocjacjach dotyczących przyjmowania bądź nie przyjmowania uchodźców w Europie, mianowicie człowieczeństwo. Wszędzie mówi się o liczbach, numerach, jednostkach osobowych, ale nie widzi się głównego problemu jakim jest dramat człowieka ratującego swoje życie. 

Opowieść o tej małej wyspie, którą da się obejść na piechotę w ciągu jednego dnia jest opowieścią o ludziach ogromnego serca. Tutaj istnieje niepisana umowa milczenia. Oficjalnie nikt nic nie wie, natomiast rzeczywiście grono ludzi zaangażowanych jest w ratowanie transportów jakim udaje się dotrzeć tutaj. 

"Wielki przypływ" to ogromny reportaż zamknięty w maleńkiej książce. Sposób przekazania tego wszystkiego jest niesamowicie wylewny, dyskretny i przejmujący. Dramat ludzi uciekających i ogromne serca ludzi, którzy ryzykują wszystko by uratować choć jedną osobę. Dla nich nie liczy się kto jest z jakiego kraju, kto ile ma lat, oni ratują wszystkich. 

Po tragedii w październiku 2013 roku, kiedy zginęła cała załoga łodzi, trzysta sześćdziesięcioro sześcioro ludzi, świat zwrócił uwagę na skalę zjawiska, ale teraz mało kto już o tym pamięta. Ja po tej książce nie mogę się otrząsnąć. Ogrom uczuć jakie tam targają czytelnikiem jest potężny. Dawka emocji jest niewyobrażalna. Już na zawsze pozostanie we mnie obraz lekarza, który ratuje ludzi w dzień w szpitalu, a nocą chodzi na pomost, bo znów widać transport... jak sam powiedział, jest też lekarzem, który widział najwięcej umarłych ludzi w życiu... oby nikt z nas nie musiał nigdy takiego widoku doświadczyć...

Skala zjawiska intryguje mnie od początku, nie rozumiem i nie zrozumiem nigdy przesłanek mówiących o braku szacunku do ludzi uciekających przed wojną. Pomoc ze strony świata jest zerowa, problem wojny w Syrii jest zamiatany pod dywan, nie próbuje się zażegnać konflikt, tylko gdzieś upchnąć ludzi, którzy chcą po prostu normalnie żyć tak jak my. Nie rozumiem jak to się stało, że nie potrafimy pomyśleć co muszą czuć ci ludzie, którzy zostawili wszystko co do tej pory było dla nich ostoją bezpieczeństwa i decydują się na morderczą podróż przez wodę. Jak szybko świat zapomniał jaki dramat rozgrywał się zaledwie 70 lat temu...

Polecam wszystkim, absolutnie wszystkim reportaż Jarosława Mikołajewskiego. "Wielki przypływ" to tytuł tak dobrze odzwierciedlający problematykę, że nie sposób przejść obok obojętnie. Lektura obowiązkowa!

Recenzja powstała we współpracy recenzenckiej z wydawnictwem Dowody na Istnienie
 



sobota, 26 listopada 2016

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ #10 cztery pory roku JESIEŃ, ZIMA

"Cztery pory roku" kojarzą się z muzyką klasyczną, ponieważ Vivaldi stworzył dzieło doskonałe, idealnie odzwierciedlające charakter każdej z pór roku. Motywy muzyczne z tego cyklu są wykorzystywane chętnie w reklamach, jako przerywniki muzyczne w radiu, czy nawet dzwonki na telefon. Jest to wspaniałe dzieło z gatunku muzyki ilustracyjnej, a czy uda się je przenieść w świat słowa? Z tym spróbował się zmierzyć norweski pisarz Karl Ove Knausgard.


Zamysł całego cyklu jest dosyć zaskakujący, ponieważ autor postanowił pokazać świat swojemu czwartemu, jeszcze nienarodzonemu dziecku przez opisanie go takim jakiego on go zna, rozumie i widzi. Podzielił czas oczekiwania na pory roku, zaczynając od "Jesieni", gdzie mamy miesiące wrzesień, październik i listopad, kolejno "Zima", a tutaj grudzień, styczeń i luty, później "Wiosna" i "Lato", dwie jeszcze niewydane na polskim rynku części cyklu.

JESIEŃ

Karl Ove Knausgard, znany z cyklu "Moja walka" przyzwyczaił swoich czytelników do wnikania w swoje życie prywatne i analizowania go dość szczegółowo. Tutaj jest podobnie. Każda pora roku jest cyklem etiud filozoficznych, czymś w rodzaju rozmyślań, obserwacji otaczającego go świata, ale w sposób dość przypadkowy i chaotyczny. Poszczególne części nie mają ze sobą nic wspólnego. Mamy tutaj przejście od rozważań na temat zębów, kościoła, gorączki, wojny, butelki, bólu po ciszę i oczy. Są to zagadnienia związane zarówno z cielesnością, obserwacją ludzi jako organizmów, a także zewnętrznymi bodźcami, doznaniami, przedmiotami otaczającymi codzienność. 

Każdy miesiąc poprzedzają osobiste zapiski nazwane "Listy do nienarodzonej córki". To z kolei rozważania dotyczące samego faktu istnienia nowego życia. Autor nie ukrywa, że czwarta ciąża byłą zaskoczeniem, ale mówi też otwarcie, że cieszy się na to dziecko tak samo a nawet może i bardziej jak na poprzednie. Ta część książki jest bardzo emocjonalna. Widać tutaj zaangażowanie w rolę ojca, ogromne oczekiwania względem siebie jako rodzica, ale także względem dziecka. Karl Ove chce jak najwięcej córce pokazać, opowiedzieć. Maluje słowem obrazy z życia. Przedstawia, czasem spontanicznie, siedząc naprzeciwko komina opisuje komin, czasem jadąc samochodem nachodzą go przemyślenia. 

Część dotycząca poszczególnych tematów jest już bardziej teoretyczna i techniczna. Są to rozważania co jest jak zbudowane, co z czego wynika, a co na co wpływa. Przefiltrowane przez własne obserwacje i doświadczenia dają obraz indywidualnego sposobu patrzenia na świat. 

ZIMA

Podobnie jak w pierwszej części czterotomowego cyklu autor podzielił rozmyślania na trzy miesiące. Ich charakter i spontaniczność wskazują jednoznacznie na zapiski robione tu i teraz. Całość daje obraz zapisu dziennika, pamiętnika robionego z zamysłem dla nienarodzonej jeszcze córki. 

Jeżeli "Jesień" była w większości opisem obserwacji świata zewnętrznego, tego co nas otacza, co widzimy i jest namacalne, tutaj więcej uwagi zostaje poświęcone relacjom międzyludzkim. Mamy rozmyślania dotyczące urodzin, funkcjonalności krzesła, prezentami świątecznymi, gośćmi, pożądaniem seksualnym, rozmową, poczuciem sensu i nawykiem. Oczywiście przedmiotowe rozmyślania też tutaj się znajdują. Karl Ove opisuje między innymi księżyc, pociąg, rurę, czy okna.

Nie ukrywam, że na początku byłam optymistycznie zachłyśnięta. Sama forma zapisu świata dla nienarodzonego dziecka jest ciekawa. Ale jak w miarę upływu stron przyzwyczaiłam się do stylu pisarza, sposobu przekazu obserwacji, fascynacja przerodziła się w zainteresowanie. Jestem pełna podziwu jak autorowi udało się przechodzić pomiędzy opisem kaloszy stojących w przedpokoju do relacji z własnym ojcem, jak od zauważonej sowy i jej opisu anatomicznego potrafi przechodzić do opisu ludzkiego charakteru. Dla jednych będzie to objaw grafomaństwa, dla mnie jest to objaw obserwacji i zamyślenia nad otaczającym nas światem. Bo przecież tak przepływają nasze myśli, coś zauważamy i kojarzymy to z czymś innym, co znamy i rozumiemy tylko my w ten sposób.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Warto również zwrócić uwagę na sposób wydania tej serii. Są one ilustrowane obrazami słynnych norweskich artystów. "Jesień" z obrazami Vanessy Baird, a "Zima" Larsa Lerina dopełniają całość. Tutaj odniesienie do malowania słowem nabiera zupełnie nowego znaczenia. A wszystko w odniesieniu do muzyki jest wyjątkowo spójne. Polecam spróbować czytać te opowiadania słuchając muzyki Vivaldiego, ja tak właśnie czytałam i jest to niesamowite wrażenie zwłaszcza w momentach spójnych treściowo, obrazowo i muzycznie. Choć pozornie są to trzy przypadkowo dobierane elementy, bo artyści nie ilustrowali opowieści, ale ich obrazy dobrano do poszczególnych tomów, tak odniesienie do Vivaldiego jest jedynie zbieżnością  polegającą na podobieństwie podziału. 

Polecam książkę wszystkim zainteresowanym nie tylko ojcostwem, rodzicielstwem, ale przede wszystkim tym, którzy bacznie obserwują to co dookoła. Bo nie zawsze patrzeć znaczy to samo co zobaczyć. Choć mnie ta książka nie zachwyciła, to zdecydowanie wzbudziła moją ciekawość. Nie potrafiłam się powstrzymać by przeczytać kolejny rozdział, bo każda obserwacja powodowała efekt wielkiego "O". A to najlepsza rekomendacja i opinia dla autora. 

Za egzemplarz recenzencki "Zimy" dziękuję Wydawnictwu Literackiemu



wtorek, 22 listopada 2016

WTORKI Z REPORTAŻEM #8 reprotaż z innej strony

Ten wpis reportażowy jest nieco przewrotny. Stało się tak za sprawą pewnej wyjątkowej kobiety, dla której reportaż, komentarz polityczny, a tym samym praca dziennikarki była początkiem drogi do zapisania się w historii dziennikarstwa. Dziś zapraszam na recenzję biografii "Mary McGrory" napisanej przez Johna Norrisa.


Mary McGrory, najbardziej licząca się dziennikarka amerykańska. Zaczynała od recenzowania książek (SIC!), jej ostry język i wyrazisty styl został zauważony przez szefa "The Washington Star", tym samym Mary dostała swoją życiową szansę aby zaistnieć. Dzięki swojej aparycji była jedyną kobietą,  w świecie lat 40 i 50 ubiegłego wieku, kiedy to widoczna była silna dominacja mężczyzn, którą dopuszczano do świata polityki. W roku 1954 redaktor naczelny wysłał ją do Capitol Hill na słynne przesłuchania Josepha McCarthy kontra Armia Stanów Zjednoczonych. Od tego czasu była liczącą się dziennikarką. Nie było komentarza politycznego, czy skandalu bez jej komentarza.

John Norris w książce "Mary McGrory. Pierwsza królowa dziennikarstwa" pokazuje jej pracę od drugiej strony. Nie mamy tutaj klasycznej biografii, przedstawiania dat, chronologii. Mamy za to relację z życia tej wyjątkowej kobiety. Mary pomimo swojego zaangażowania w pracę i sytuację Ameryki w ogóle była też zwyczajną "kurą domową" (przepraszam za wyrażenie, ale to obrazuje lepiej pracę w około domu, przy rodzinie, a niżeli suche stwierdzenie - była żoną). 

Dostajemy obraz kobiety na miarę swoich czasów, ale przede wszystkim ponad i wyprzedzającą epokę w jakiej przyszło jej żyć. Mary praktycznie do końca swoich dni nie spuszczała z tonu dziennikarki rasowej. Jej cięte riposty stały się czymś oczywistym i tak znaczącym, że żaden komentarz polityczny nie miał znaczenia, dopóki nie zajęła się nim McGrory.  

Mary znana była również ze swoich liberalnych poglądów. Jako zdecydowana przeciwniczka wojny wietnamskiej i krytyk polityki Nixona znalazła się na „czarnej liście” przeciwników prezydenta. Artykuły o aferze Watergate przyniosły jej nagrodę Pulitzera w 1975. Jest to dodatkowy powód by poznać kultową postać świata dziennikarskiego. Ja mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach nie zwraca się uwagi na to kto przekazuje informacje, bo ważniejsze stało się to, co to za informacja. McGrory pokazała, że osoba dziennikarza jest równie ważna jak zakres przekazywanych treści.

Książka Johna Norrisa to wspaniałe wspomnienie o wyjątkowej kobiecie, która nie bała się wyciągną rękę po swoje marzenia. Ponad wszystko, jest to pieczołowicie dopracowana opowieść, świadczy o tym rozbudowania bibliografia, mamy tutaj nie tylko cytaty z rozmów samej Mary, ale przede wszystkim przekrój przez sposób pracy reportera, warsztat i samo przygotowanie się do rozmowy. Poznajemy codzienność tego zawodu i możemy obserwować niejako z boku jak Mary radziła sobie w tym trudnym świecie. 

Polecam wszystkim pasjonatom dziennikarstwa. Jest to wspaniała lektura dla marzycieli, ponieważ pokazuje po raz kolejny, że nie warto się bać, czasem warto zaryzykować i iść w zaparte, by dojść tam gdzie się zamierzyło. Będzie to też fantastyczna pozycja dla wielbicieli biografii w ogóle, bo Mary McGrory wyjątkową na wiele sposobów kobietą, niewątpliwie była.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję kolejnemu wspaniałemu wydawnictwu, które mi zaufało: Wydawnictwo kobiece

sobota, 19 listopada 2016

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ #9 dygoczące ślady

Tym razem nie będę polecała książek w dwóch blokach polskim i zagranicznym, tak jak to robiłam do tej pory. Powody są dwa, po pierwsze przeczytałam dwie polskie książki i to o nich Wam opowiem, po drugie są to książki tego samego autora, a to spowodowało skumulowanie polskiej literatury. W tym tygodniu zapraszam do przeczytania "Dygotu" i "Śladów" Jakuba Małeckiego.




DYGOT

Jest to opowieść o losach dwóch rodzin, oraz osób z nimi związanych, które się w zaskakujący sposób, jak to w życiu zwykle bywa, splatają. Historia jest rozciągnięta w czasie na prawie 80 lat, więc jest tutaj przekrój pokoleniowy. Jakub Małecki podzielił książkę na lata w których dzieją się znaczące dla osób występujących w powieści wydarzenia. 

Z jednej strony mamy rodzinę Łabendowiczów. Los, przeznaczenie, przypadek czy po prostu życie sprawiło, że rodzina boryka się z wykluczeniem społecznym po tym, jak rodzi się białe, prawie przezroczyste dziecko. Później z biegiem lat, za sprawą ciotki z Ameryki, która przysłała artykuł na temat albinizmu na który cierpi Wiktor, wszystko zaczyna wyglądać nieco inaczej. Sama rodzina zaczyna rozumieć taki a nie inny wygląd dorosłego już wtedy chłopaka. Natomiast społeczność wiejska w jakiej przyszło im żyć nie pojmuje tego w ramach jednostki chorobowej, ale obwiniają chłopca o sprowadzenie na nich nieszczęść. Dochodzi nawet do próby pozbawienia go życia, ponieważ głęboko wierzą, że tylko jego śmierć i jego krew oczyści atmosferę ze złego ducha, którego za sprawą swojego wyglądu sprowadził do wsi.   

Druga rodzina również nie ma łatwo. Geldowie mieszkający w mieście doświadczają okaleczenia dziecka, ich córka zostaje poparzona w pożarze. Ojciec chcąc zapewnić jej normalne życie pyta o jej los kogoś na kształt wróżki, cyganki, a ta przepowiada mu, że dziewczynka założy rodzinę, ale on w zamian straci zdrowie zaczynając od wzroku. 

Fabuła jest zaskakująca w wielu miejscach. Jakub Małecki genialnie miesza wątki, tworząc konstrukcyjny majstersztyk. Sposób przedstawienia losów tych dwóch rodzin, jak również przeplatanie w drugim, trzecim pokoleniu relacji jakie wcześniej zaistniały jest tutaj niesamowite. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że jest to dzieło na miarę tego co tworzy Wiesław Myśliwski. Realizm magiczny, losy ludzkie, zależności pomiędzy miastem a wsią, pojmowanie pewnych zdarzeń w kategoriach nadprzyrodzonych. To wszystko tutaj znajdziemy. 

Dodatkowym aspektem jest tytułowy dygot. Występuje jako łącznik wszystkich osób. Każdy bohater doznaje w pewnym okresie swojego życia dygotu. Raz jest to dygot psychiczny, raz emocjonalny, raz psychosomatyczny, innym razem ktoś dygocze z zimna, czy w tańcu. Za każdym razem jest to wymowny element życia, pokazujący jak życie bywa zaskakujące.

Polecam wszystkim, którzy doceniają powieści dzięki którym można na chwilę przystanąć i zastanowić się na tym co jest dookoła nas. To rodzaj literatury pokazujący to, czego normalnie nie dostrzegamy, a co jest naszą codziennością. Zdecydowanie jest to najlepsza książka 2015 roku, aż dziwi mnie fakt, że nie została doceniona w żadnych nominacjach do Nagród Literackich. 


ŚLADY

Jakub Małecki w tym roku wydał kolejną książkę godną uwagi. "Ślady" to zbiór opowiadań, wycinków, etiud, urywków zwał jak zwał, z życia ludzi. Mamy 19 osobnych tekstów, które w ciekawy i zaskakujący sposób pokazują, że wszystko co nas spotyka gdzieś w nas głęboko zostawia jakiś ślad.

Wszystko zaczyna się od śmierci na wojnie Tadeusza. Choć fizycznie umiera od tej pory jego duch, ślad, pamięć o nim będzie żyła w życiach innych osób. Poznajemy tutaj całą tyradę osób powiązanych ze sobą w przeróżny sposób. Nie chcę ich tutaj przytaczać, ponieważ ze względu na ich krótką formę byłby to za duży spojler, ale powiem tylko, ze moją ulubioną, a raczej taką opowieścią, która została mi w pamięci jest ta zatytułowana "Cisza" o Drzypapie. Jest to historia życia chłopca, a później mężczyzny, który najpierw nic nie mówił, później krzyczał, później transformował w koksiarza z siłowni, następnie "awansował" na gangstera, który bił ludzi na zlecenie, a kiedy poznał Edytę, ekspedientkę w której się zakochał nie potrafił zorganizować siebie, zbierał się na podchody tak długo, aż ona zmieniła pracę. On jej nie szukał, zniknął. Co dalej się z nim działo? O tym sami się przekonajcie.

Książka jest również bardzo ładnie i sugestywnie wydana. Każdy kolejny rozdział jest oznaczony kropką, takim śladem, im dalej w tekst tym kropek więcej. Na uwagę zasługuje również okładka i rysunek na niej. Autorką jest Agnieszka Diesing (stworzyła również m.in. okładkę płyty zespołu LEMON "Scarlett"), jest absolutnie moją ulubioną graficzką, rysowniczką. To w jaki sposób połączyła tytuł, treść i rysunek jest niesamowicie trafne i metaforyczne. Twarz człowieka, swoją drogą podobna do twarzy autora (przypadek? :-) ) niby jest cała, ale rozpada się, tak jak potrafi się rozpaść życie człowieka w jednej chwili. W głowie jest wiele marzeń, myśli, zdarzeń, wszystko to o czym jest ta książka. Jest to zdecydowanie najlepsza okładka tego roku i moja ulubiona jeśli chodzi o okładki w ogóle.

Jakub Małecki jest polskim autorem na którego warto zwrócić uwagę. Sposób w jaki przekazuje prawdy o życiu ludzkim, to jak przedstawia przywary, nasze psychozy, społeczne determinacje i zachowania jest wyjątkowe i warto to docenić. Dawno nie czytałam czegoś takiego, jest to absolutnie mój drugi po Wiesławie Myśliwskim ulubiony polski autor. Wy też go poznajcie, bo warto, zaświadczam. A jego książki Wam to udowodnią.


P.S. Egzemplarz "Dygotu" udało mi się podpisać na Targach Książki w Krakowie. A za egzemplarz "Śladów" dziękuję wydawnictwu SQN

środa, 16 listopada 2016

WTORKI Z REPORTAŻEM #7 Ciemność...

Dzisiejsza lektura jest jedną z tych, które pozostaną we mnie na zawsze. Po pierwsze ze względu na ogromny ładunek emocjonalny, po drugie z osobistego doświadczenia. Zapraszam na recenzję reportażu Hectora Tobara "Ciemność".


Reportaż opowiada historię 33 chilijskich górników, którzy w 2010 roku zostali uwięzieni w kopalni San Jose, po tym jak doszło do zawału jednego z chodników. Przez 69 dni byli skazani tylko na siebie i na ... ciemność. Cały świat śledził wydarzenia rozgrywające się na tym skalnym terenie. Codziennie donoszono o postępach akcji ratunkowej, a samo wydobywanie górników z głębokości 625 m pod powierzchnią ziemi było transmitowane na żywo w wielu stacjach telewizyjnych na całym globie. Na zawsze w pamięci zostaną obrazy z tamtych dni, spekulacje dotyczące szans na przeżycie w takich okolicznościach, sposoby wyciągnięcia uwięzionych pracowników kopalni, a także traumatyczne przeżycia z jakimi zapewne musieli się borykać ci mężczyźni.

Wbrew pozorom, nie jest to opowieść o negatywnym ładunku emocjonalnym, ale niesamowicie pozytywna historia opowiadana z punktu widzenia ocalałych, ich rodzin, bliskich, współpracowników a także samego reportera. Jest to optymistyczny obraz wydarzeń, które same w sobie nie dawały nadziei na szczęśliwe zakończenie. Prawdopodobnie, gdyby taka katastrofa wydarzyła się w jakimś mniej religijnym kraju, nikt nie wierzyłby że to może się udać, że przez ponad 2 miesiące górnicy będą żyli pod ziemią czekając na ratunek, że uda się dostarczyć im pożywienie na czas akcji przez szyb szerokości zaledwie 15 cm! Udało się.

Po tym, jak obrazy wyciąganych w okularach przeciwsłonecznych, mających zabezpieczyć wzrok  przed światłem górników przyzwyczajony do ciemności, obiegły świat nastąpił proces przystosowania do nowej sytuacji. Stali się oni z dnia na dzień bohaterami narodowymi, byli traktowani jak celebryci, zapraszano ich na spotkania z osobistościami ze świata polityki, kultury. Opowiadanie o tym co przeżyli stało się ich sposobem na życie, ich udręką, a także terapią po dramatycznych przeżyciach. 

Hector Tobar jako jedyny reporter na świecie został dopuszczony przez górników do tamtych wydarzeń. Tylko z nim chcieli rozmawiać, tylko jemu zdradzili tajemnice tamtych wydarzeń. Tylko on mógł spisać ich opowieści i przekazać światu. Takie zaufanie niesie za sobą ogromne obciążenie i oczekiwania. Na szczęście Tobar zrobił to z wyczuciem i oddaniem. Jest to kawał misternej pracy reporterskiej.

Dla mnie jest to też ważny reportaż ze względów osobistych. Mój tata przez 30 lat pracował jako górnik na Kopalni Węgla Kamiennego w Brzeszczach. Pamiętam strach, kiedy spóźniał się z pracy, a w telewizji pokazywano wiadomości dotyczące wypadku na kopalni, pamiętam każde "Z Bogiem!" i "Szczęść Boże!" rzucone na  schodach przed wyjściem do pracy. Na szczęście oprócz drobnych skaleczeń nigdy nic mu się nie stało. Ale wielu górników takiego farta nie miało. Reportaż Hectora Tobara jest pod tym względem dodatkowo emocjonalny. 

Polecam zapoznanie się z tamtymi wydarzeniami znanymi nam jedynie ze strony zewnętrznej, telewizyjnej przez pryzmat osób ocalałych, czyli z samego środka tego co się działo. Jest to pozytywna opowieść o sile wiary, woli walki, determinacji, ale także o słabości, kruchości i pozorności ludzkiego życia. Ponieważ znaczymy tylko tyle ile jesteśmy. A jesteśmy dopóki jest nadzieja. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: Dowody na Istnienie

Tym samym przedstawiam kolejne wydawnictwo współpracy recenzenckiej! Dziękuję za zaufanie!

sobota, 12 listopada 2016

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ #8 Podróż w głąb siebie...

Chyba każdy ma w swoim życiu taki czas, że stara się poznać samego siebie. Zastanawiamy się nad tym co nas zdeterminowało, poznajemy przeszłość naszej rodziny, docieramy do zakamarków swojej psychiki. Poszukujemy samych siebie, naszego wewnętrznego "ja". Dziś do polecenia mam dla Was dwie książki o podróży, takiej zwyczajnej gdzie wyrusza się w jakieś miejsce i tej w głąb siebie.

ZA GÓRAMI, ZA LASAMI

Wyobraź sobie, że masz 28 lat. Jesteś młodym, wysportowanym mężczyzną. Skończyłeś studia filozoficzne. Współpracujesz, przy powstawaniu filmu o Charles'ie Foucauld. Wraz z grupą ludzi wyruszasz na wyprawę przez pustynię. Idziecie na Saharę, naturalną, dziką, nieujarzmioną, pełną zagrożeń, niebezpiecznych zwierząt. Idziesz, bo " gdzieś czeka na mnie, moja prawdziwa twarz" *



Tak w skrócie przedstawia się opowieść, jak się okazuje biograficzna Erica Emmanuela Schmitta w jego najnowszej książce na rynku polskim pod tytułem "Noc ognia". Tytuł zaczerpnięty został z wydarzenia z życia Pascala, filozofa, który doznał olśnienia od Boga w nocy, poczuł się jakby na niego spadł płomień ognia, który wszystko oświetlił i od tej pory nabył wiedzę, wszystko stało się nagle jasne. 

Podobnie jest w książce przedstawiającej wydarzenie z życia samego autora. Bohaterem książki jest Eric z przed 25 lat. Autor postanawia wrócić do tamtej podróży, która jak się okazuje była znacząca na dalsze jego życie, pod wpływem wywiadu i powracającego pytania. Co to za pytanie i co się wydarzyło na pustyni? po to odsyłam Was do książki. 

Sama podróż przez bezkresny piasek, przez góry, przez przełęcze jest sposobem na odkrycie prawdy o sobie. Autor pokazuje, że człowiek dopiero w ekstremalnych warunkach potrafi sięgnąć do swojej prawdziwej natury i wydobyć z siebie prawdziwe oblicze. 

Jak we wszystkich poprzednich książkach Schmitta wybija się tutaj jego plastyczny sposób opisu przyrody, przemyśleń. Choć niektórzy porównują go do Coelho, tutaj jest to zdecydowanie mniej moralizatorski sposób przekazania prawd ogólnych. Ja bardzo lubię ten rodzaj przekazu: "  Nocą Sahara nabiera odświętnego wyglądu. Choć w promieniach słońca narzuca nam ascezę, po zapadnięciu zmroku staje się wytworna, zasobna, szczodra, orientalna, oferująca bezmiar klejnotów dostarczanych przez najbardziej szalonego z jubilerów: kolie, broszki, diamentowe tiary, złote łańcuchy i roziskrzone bransolety. Tysiące gwiazd zdobią tę szkatułę wyłożoną ciemnym aksamitem, a panujący niepodzielnie księżyc, niczym królowa balu roztacza dokoła dumny blask" ** Opis nieba przez metaforę jubilera. Takich perełek jest tutaj wiele. 

Książka zasługuje również na uwagę z powodu niestandardowego wydania. Jest dwustronna, z jednej strony mamy opowieść autora, natomiast obracając ją do góry nogami, możemy sami napisać swoją własną noc ognia. Ciekawy zabieg pozwala na chwilę zatrzymania i zastanowienia się nas sobą i swoim życiem. 

Polecam tę niewielkich rozmiarów książkę. Jest to świetna pozycja dla wszystkich pasjonatów psychologii, dla czytelników lubiących zastanawiać się nad życiem, będzie również dobrym prezentem pod choinkę, warto pomyśleć o prezentach już teraz!


* "Noc ognia" E.E. Schmitt, wyd. ZNAK, Kraków 2016, s 38. 
** tamże, s 63.

Za swój egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu :

POZNAJ, BO POLSKIE

Była podróż w głąb pustyni, gdzie mogliśmy poznać swoje wnętrze duchowe. Teraz zapraszam na wyprawę zimową na Mount Everest, gdzie poznać można zakamarki psychiki. Książka podróżniczki, dziennikarki, redaktor naczelnej National Geographic Polska - Martyna Wojciechowska i "Przesunąć horyzont"


Książka powstała po wyprawie na ośmiotysięcznik w 2006 roku. Pierwsze wydanie ukazało się w 2011, a teraz, po 10 latach od wyprawy Martyna postanowiła napisać ja na nowo. Z perspektywy czasu. 

Nie jest to tylko opowieść o wspinaczce, o wyprawie, przygotowaniach, sprzęcie, danych technicznych i sprawach górskich. Jest to opowieść pokazująca przez życie Marty Martyny Wojciechowskiej, tego co ją spotkało, jakie naprawdę można stawiać sobie w życiu wyzwania, bo te które stawia nam życie na pewno nas zahartują do pokonywania siebie.

Historia jest znana, lub mniej znana. Podczas realizacji programu "Misja Martyna" na Islandii w 2004 roku dochodzi do wypadku w którym ginie operator kamery, Rafał Łukaszewicz, Martyna łamie kręgosłup. Rok po wypadku ( dokładnie 15 miesięcy) staje na Mount Evereście udowadniając sobie i innym, że niemożliwe nie istnieje!

Jest to opowieść o przesuwaniu horyzontu. Bo czym jest horyzont?. Jest to bezkres tego co można zobaczyć stojąc tu i teraz, ale jeśli podejdziemy w ten najdalej od nas teraz oddalony punkt, znów zobaczymy, że gdzieś w oddali jest coś. Tak właśnie można stawiać sobie kolejne cele i pokonywać przeciwności. Jest to opowieść o sile jaka drzemie w każdym człowieku, bo jeśli tylko się czegoś bardzo chce, to można to osiągnąć. 

Oczywiście znajdziemy tutaj opisy samej wyprawy. Można dowiedzieć się jak etapami wygląda przygotowanie do tego rodzaju wyprawy. Jak należy oswoić organizm z warunkami panującymi na 6000 i więcej metrów npm. Jest to rodzaj książki podróżniczej, psychologicznej, biograficznej i wreszcie przygodowej. 

Polecam, bo sama postać Martyny Wojciechowskiej, pani z telewizji, którą zwykle znamy z programów jakie prowadzi obnaża tutaj jej tajemnice. Pokazuje, że każdy w ciągu życia musi pokonywać siebie, swoje granice wytrzymałości, przesuwać swój horyzont i granice przez siebie stawiane.  

wtorek, 8 listopada 2016

WTORKI Z REPORTAŻEM #6 Busem przez świat

Reportaż jako gatunek literacki jest dla mnie przede wszystkim możliwością podróżowania. Siadasz z książką w ręce, a ktoś pisze gdzie był i co widział i czujesz się jakbyś tam był i to wszystko znał. Dziś chcę wam opowiedzieć o takiej właśnie podróży. A wszystko zaczęło się od szalonego pomysłu grupy przyjaciół...


źródło okładki : Wydawnictwo SQN

Pięcioro młodych ludzi postanowiło tanio podróżować. Kupili w 2010 roku busa z roku 1989 za bagatela 2000 zł i zwiedzają świat. W 2013 roku, w listopadzie wyjechali na czteromiesięczną podróż przez Australię, ale uwaga, nie znaną, cywilizowaną Australię, ale tę pustynną, dziką, outback. Udało się, a cały stos przygód z tą wyprawą związany został opisany w książce Karola Lewandowskiego "Busem przez świat.pl Australia za 8 dolarów"

Kilka danych na temat wyprawy:
Nazwa wyprawy: Mennica Wrocławska Australia Trip 2013/2014
Nr wyprawy: 9
Czas trwania: 4 miesiące
Państwa na trasie: Australia i Nowa Zelandia
Dystans: 25 tysięcy kilometrów
Ekipa wyprawy:  
  1. Karol Lewandowski
  2. Wojtek Lewandowski
  3. Ola „Alex” Ślusarczyk
  4. Tomasz Nowacki
  5. Daniel Tkaczyk
Więcej szczegółów na ten temat i mapę z trasą przejechaną przez Supertrampa znajdziecie na blogu busemprzezswiat.pl i fanpage'u Busem przez Świat

Książka jest zapisem tego co się działo po drodze. Zawiera także bardzo wiele przydatnych informacji dla osób chcących wybrać się w podróż nie tylko do Australi, ale gdziekolwiek poza horyzont. Choć na początku załoga Supertrampa napotkała wiele przeciwności i utrudnień, to dzięki samozaparciu, wierze w to, że się uda jeśli tylko się chce i niesamowitej ilości ludzi dobrej woli, którzy bezinteresownie im pomagali zjechali Australię wzdłuż i w szerz. 

Po ponad rocznych przygotowaniach, mailach do różnych organizacji, szukaniu sponsorów, wreszcie zakupie biletów i wysłaniu busa w dwumiesięczną podróż kontenerem przez ocean, piątka znajomych wsiadła do staruszka i zaczęła się niesamowita podróż. 

Spotkali na swojej drodze przeróżne przygody. Zobaczyli jak wygląda spotkanie bliskiego stopnia z kangurami, wężami, pająkami, a także burzą piaskową, szarańczą, czy wreszcie z awarią busa na totalnym pustkowiu.

Jeśli chcecie wybrać się w podróż po Aborygeńskim kontynencie, zobaczyć jak wygląda podróż za 8 dolarów dziennie na osobę, bo taki jest budżet przewidziany przez organizatorów, spędzić Święta Bożego Narodzenia na plaży w 30 stopniowym upale, zjeść śniadanie z widokiem na Uluru,  to wsiadajcie do Supertrampa i otwórzcie pierwszy rozdział książki. 

Ja od dawna kibicuję temu przedsięwzięciu, bloga busemprzezswiat.pl obserwuję od ok. 3 lat, a pierwszymi zdjęciami jakie tam zobaczyłam były właśnie te z Australii, dlatego niesamowicie się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam, ze jest książka o tej wyprawie, a jeszcze bardziej, że mogę ją zrecenzować dzięki współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem SQN.

Zapraszam, ja już jadę i nie wysiadam! A wy?

piątek, 4 listopada 2016

WEEKEND Z KSIĄŻKĄ #7 Książkowe zdobycze targowe

Bardzo ciężko jest mi się rozstać z myślą o Targach Książki w Krakowie. Jak sobie pomyślę, że tydzień temu biegałam po hali EXPO od stoiska do stoiska, to jakoś tak żal... Ale już żyję nadzieją na następne Targi Książki w Warszawie, bo to już za pół roku :-)

Dziś będzie druga część wpisu targowego, pokażę Wam jakie zdobycze udało mi się przywieź do domu.


Podsumowując, wróciłam z 23 nowymi książkami, ze sobą do podpisu autorskiego zabrałam 7 książek, udało mi się podpisać 5, plus nowości zakupione przed spotkaniami w liczbie 13, czyli zdobyłam 18 autografów!


Od wydawnictwa ZNAK mam dwie książki. Pięknie się ze sobą komponują kontrastowo. Pani Grażyna Plebanek podpisała swoją książkę. Niestety musiałam wracać wcześniej i zrezygnować ze spotkania z Magdaleną Parys. Mam nadzieję, że uda mi się ją jeszcze spotkać.


W wydawnictwie Świat Książki kupiłam pięknie wydanego "Słowika". W środku była jeszcze kompletowa zakładka.


Na stoisku wydawnictwa kobiecego kupiłam "Dziedzictwo Orchana". Tak, wiem, nie przepadam za powieściami historycznymi, ale dla takiej pamięci o takiej historii warto czasem złamać zasady.


Tutaj są dwie książki moich ulubionych podróżników telewizyjnych, czyli ludzi ze szklanego ekranu. Pana Cejrowskiego było łatwo poznać, bo jak zwykle był cały dzień, w koszuli w hawajskie kwiaty, popijał mate z kubeczka z rurką , grał salsę i był na boso. Do Martyny Wojciechowskiej były ogromne tłumy, na szczęście udało mi się podać książkę jak się okazało również Joannie (jeśli Pani to czyta to pozdrawiam Panią i pani męża ). Jest to dla mnie ważna przesłaniowo postać, ale o tym w w innym wpisie.



Nie byłabym sobą, gdybym nie przywiozła jakiejś książki dla dzieci. Ta jest naprawdę świetna, bo czy wy nie zastanawialiście się nigdy, gdzie są zagubione skarpetki jak ich nie ma? :-)


Na stoisku wydawnictwa Otwarte kupiłam drugi tom "Ósmego Życia dla Brilki". Mam nadzieję niedługo przeczytać.


Jacek Pałkiewicz podpisał mi swoją najnowszą kiążkę.


Wydawnictwo Literackie obdarowało mnie "Królem" Szczepana Twardocha, udało się zdobyć również "Jesień" Karla Ove Knausgarda, a zapowiedziano już, że następnie nadejdzie"Zima".


Pan Mariusz Szczygieł podpisał mi swoją najnowsza książkę. Tutaj jest bardzo śmieszna opowiastka, ponieważ zabrałam swój "Gottland" z myślą o spotkaniu, ale nie miałam jej przy sobie
, ponieważ mój osobisty kolejkowy, paparazzo i najlepszy przyjaciel mąż poszedł na chwilę przerwy razem z walizką książek, a ja nawet nie myślałam, że autor zostanie dłużej na stoisku. Przechodząc zabrałam "Projekt Prawdę".


Dowodach na Istnienie kupiłam jeszcze reportaże. Jedne z lepiej ocenianych. Zobaczymy, co to będzie. Ale zapewne moja ciekawość świata przeważy nad pozostałymi aspektami, tak to już jest ze mną.


Odwiedziłam też Filię, tutaj jak widać król jest tylko jeden.


A na stoisku Czwartej Strony podpisałam zbiorowy "Rewers" i przedpremierową książkę o przedwojennej Warszawie Remigiusza Mroza. 


Tak wyglądają wszystkie książki, które ze mną wróciły. To znaczy brakuje tylko "Dygotu", ponieważ właśnie go doczytuję, jego też podpisałam. 


 A tutaj wszystkie autografowane egzemplarze.


I na deser kilka zdobycznych zakładek. :-) 


Książkowo uważam Targi Książki w Krakowie. Organizacyjnie, cóż wiele spraw do zmiany.

A Wy co przywieźliście?



wtorek, 1 listopada 2016

TARGI KSIĄŻKI W KRAKOWIE 29.10.2016 FOTORELACJA


To był szalony dzień! Targi Książki w Krakowie naładowały mnie energią na kolejne pół roku! 
W tym wpisie pokażę Wam fotorelację ze spotkań autorskich, trochę zdjęć z tego co ogólnie się działo, a moje książkowe łupy zobaczycie już w piątek na blogu. Miłego oglądania!



 Do Krakowa przyjechaliśmy z samego rana. To była dobra decyzja, bo plan, który widzieliście w poprzednich wpisach, był spory. Przed wejściem byliśmy przed dziesiątą, a tłum już był pokaźny. 


 Najpierw "napadłam" na Wojciecha Cejrowskiego. To chyba jedyny autor, który jest na stoisku cały dzień, dzięki temu nie ma do niego kolejek tak szalonych jak do pozostałych. W Warszawie na Targach Książki nie miałam książki, więc pocieszyłam się autografem i wspólnym zdjęciem, tutaj udało mi się zrobić cały pakiet :-) 


Ostatnio zauważyłam u siebie wzmożone zainteresowanie tematami Emiratów Arabskich, stąd też podpisałam książkę u Jacka Pałkiewicza, autora książki "Dubaj, prawdziwe oblicze".


Martyna Wojciechowska nagrywała vloga. Tutaj była chyba najdłuższa kolejka na całych Targach. Ja również chciałam podpisać książkę "Przesunąć horyzont", ponieważ bardzo doceniam to co osiągnęła. Rok po wypadku, w którym złamała kręgosłup, stanęła na Mount Evereście. Udowodniła, że niemożliwe nie istnieje. Mnie rzutem na taśmę udało się podać książkę do podpisu, dziękuję Pani Joannie, która się przecisnęła przez dziki tłum. Tutaj chciałam zaapelować do uczestników spotkań z autorami o kulturalne zachowanie, stanie w kolejce, bo tutaj chamskie zagrywki były na każdym kroku, co nie ukrywam wytrąciło mnie z równowagi po odstaniu 1,40h i przesunięciu się o 5 metrów! Do organizatorów mam prośbę o organizowanie spotkań z autorami rozważniej, bo taka jedna gwiazda potrafi sparaliżować przejście w całej hali.


Później negocjowałam kilka nowych współprac recenzenckich, co z tego wyniknie zobaczymy :-) 
W tle możecie zobaczyć Roberta Małeckiego, który właśnie przyszedł na spotkanie autorskie. 



Zdobyłam stojąc w kolejce do Remigiusza Mroza również jego podpis. Zapamiętajcie to nazwisko! Nowa twarz polskiego kryminału! hihi


Mając swojego kolejkowego, postanowiłam poodwiedzać inne stoiska. 


Byłam u Alka Rogozińskiego, autora " Jak cię zabić, kochanie?", a także u Kuby Małeckiego, autora "Dygotu" i " Śladów", pozdrawiam obu, bo rozmowy były świetnie. 


 W kolejce do Alka Rogozińskiego i Magdaleny Witkiewicz, pozdrawiam Panią i przepraszam, że nie mam zdjęcia ani książki, ale musiałam wybierać i strasznie biegać pomiędzy spotkaniami, niestety nie wynaleziono jeszcze teleportacji, lub jednoczesnego bycia w dwóch miejscach, spotkałam Martę Mrowiec z Na regale u Marty Mrowiec. Pozdrawiam, bo mieszkamy prawie po sąsiedzku, a spotkać się jakoś nie możemy. Polecam Wam stronę Marty, bardzo bardzo serdecznie!


A później przyszedł Mróz. Remigiusz Mróz. A ja podeszłam z walizką pełną Mroza i tak zablokowałam kolejkę na dobre 10 minut. Przepraszam za to, ale stałam w kolejce i nie czuję się winna :-)




A to co dostał ode mnie autor, to na razie tajemnica. Remigiuszu mam nadzieję, że się pośmiałeś :-)


Rzutem na taśmę udało mi się dostać do Szczepana Twardocha.


Znalazłam Panią Grażynę Plebanek #furia !


A także, z czego jestem bardzo zadowolona, bo praktycznie z marszu bez kolejki podeszłam po podpis do Mariusza Szczygłą. Uwielbiam tego człowieka i mam wszystkie książki z jego polecenia. Niebawem więcej recenzji. p.s. widzicie tą boską koszulę w ptaki? :-) 

Niestety z przyczyn logistycznych nie dotarłam na spotkanie z Łukaszem Orbitowskim. Zabrakło mi 15 minut, ale cóż, może następnym razem. 

PODSUMOWANIE

Zdecydowanie, jeśli chodzi o organizację, to bardziej podobało mi się w Warszawie. Pewnie dlatego, że tam jest ruch rotacyjny i nie sposób ominąć jakiegoś stanowiska. Tutaj bieganie pomiędzy boxami, bo miejsce dla wydawnictw, to czasami 2 metry kwadratowe! (sic!), plątanina z mapą w ręce. Nie, to naprawdę nie dawało możliwości oddechu. Poza tym, pomimo szczegółowego planu i przygotowania logistycznego, nie udało mi się dotrzeć we wszystkie miejsca. Wystarczyło jedno zablokowanie alejki, tłok i już plan siadał. Apel do organizatorów, przenieście spotkania z autorami w jakieś jedno miejsce, może do mniejszych sal, może na koniec tak jak strefa dla dzieci. To pozwoli na zorganizowanie przestrzeni do kupowania książek, lepszy przepływ pomiędzy alejkami, a osoby którym zależy na autografie będą mogły spokojnie się ustawić w kolejce.

Jeśli chodzi o ceny, to było kilka rabatów większych niż w Warszawie. Ale jak to na Targach, jeśli ma się plan zakupowy to mniej więcej wiemy ile możemy wydać, więc byłam przygotowana. 

Poza wszystkim, uwielbiam być pomiędzy książkami, pomiędzy ludźmi, którzy kochają książki. Pozdrawiam wszystkich spotkanych w kolejkach. To był naprawdę fajnie przegadany czas! Dziękuję wszystkich autorom za chwilę rozmowy. I do zobaczenia mam nadzieję już w Warszawie!

A Wy byliście? Co ciekawego kupiliście? Z kim się spotkaliście? Dajcie znać w komentarzach!