wtorek, 19 stycznia 2016

„wydarzyć może się wszystko”*

 

„ musisz wyruszyć, ale to wcale nie znaczy, że musisz wrócić”* – te słowa to dewiza pracy ratowników Straży Wybrzeża. Słowa tak dobrze opisują sytuację jaka może mieć miejsce, że dopiero gdy stanie się coś złego, człowiek uświadamia sobie w jakim położeniu się znalazł. Podobnie było z rozbitkami, którzy utknęli na Grenlandii. O katastrofie lotniczej traktuje książka, z której pochodzi wyżej wspomniany cytat, a mowa o „Lodowym piekle” Mitchella Zuckoffa.

Książka składa hołd samym rozbitkom, ich rodzinom i tym, którzy nie przeżyli. Należy im się pamięć. Nikt nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, co to znaczy pięć miesięcy wśród lodu, białego horyzontu, wśród garstki ludzi. Autor skalę zjawiska obrazuje już samym tytułem zbudowanym na oksymoronie.  Historia opowiedziana jest prosta, jest przełom roku 1942/1943. Na terenie Grenlandii rozbijają się trzy samoloty. Pierwszy z nich transportowiec z pięcioma osobami, drugi lecący rozbitkom na ratunek z dziewięcioma osobami, na końcu samolot Straży Wybrzeża, który rozbija się z trzema pasażerami.  W sumie siedemnaście osób w skrajnie trudnych warunkach. W książce znajduje się też spora część poświęcona poszukiwaniom i eskapadzie współczesnej na Grenlandię w 2011.

Całość czyta się dosyć szybko, ale mozolnie. Możliwe że wynika to z mojego braku wiedzy na tematy lotnicze. Sama historia opowiedziana jest przez pryzmat pojawiających się danych szczegółowych technicznych, współczynników, opisów maszyn bojowych. Ja takich klimatów nie czuję, ale jest to zapewne nie lada gratka dla pasjonatów lotnictwa, czy miłośników militariów i wojny. Jako że nie interesują mnie opisy techniczne, szukam raczej opisów psychologicznych bohaterów, ich przeżyć i ludzkich odruchów. W końcu nie jest łatwo tkwić w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia z marną szansą na ratunek. A jednak, okazało się, że niektóre jednostki osobowościowe potrafią poradzić sobie w skrajnych warunkach.

To czego na pewno nie można odebrać autorowi, to ogrom pracy archiwizacyjnej, opracowania bibliografii itp. Ja nie jestem nią zachwycona. Gdybym miała ją do czegoś porównać, to przypomina mi opisany odcinek programów cyklicznych typu „Podniebne Horrory”, Tuż przed tragedią”, czy „Katastrofy lotnicze”. Mnie podobały się opisy geograficzne, formy ukształtowania terenu, ciągi przyczynowo skutkowe. Sposób wytykania błędów jaki siłą rzeczy przy katastrofie musi zostać zauważony jest bardzo znośny. Na plus również zdjęcia pozwalające skatalogować aktualnie opisywane zdarzenia.

„Lodowe Piekło” Zuckoffa jest to hołd i szacunek jaki został oddany lotnikom, osobą związanym z rozbitkami, samym ocalałym i zapis w kronikach historii. Dla czytelnika jest katalogiem wypadków możliwych, takich których nikomu się nie życzy. Odpowiedzi na pytanie ile osób przeżyła, jak sobie radzili i o czym myśleli zostawiam bez odpowiedzi, aby każdy kto sięgnie po lekturę mógł znaleźć coś dla siebie. Książka nie dla każdego, ale warto się zapoznać.
·         Tytuł recenzji pochodzi z okładki książki, są to słowa Marka Kamińskiego
·         Cytat w pirerwszym akapicie pochodzi z książki, są to wspomnienia jednego z ocalałych, s. 23